RACJA TV

Facebook.

Najczęściej czytane

ZAPĘTLENI

Siedem Cudów Naukowego Socjalizmu, w którym: -Każdy miał pracę. Pomimo, że każdy miał pracę, nikt nic nie robił. Pomimo, że nikt nic nie robił plan wykonywano w stu procentach. Pomimo, że plan wykonywano w stu procentach, nigdzie niczego nie było. Pomimo, że nigdzie niczego nie było, każdy jednak wszystko miał. Pomimo, że każdy wszystko miał, wszyscy jednak kradli. Pomimo, że wszyscy kradli, nigdzie niczego nie brakowało.

Przeczytałem w gazecie, która światy pomieszane śmiesznością prawdy, prawdą ośmiesza, że obywatel prawdy, który podatki płaci nie pożycza złotówki, od której nie zapłacił podatku po przedawnieniu tą prawdą, jest zmuszany przez sąd, jako obywatel naczelny redakcji, w śmieszności prawdy swojej szukać i musi usprawiedliwienia dla tak zwanego przeproszenia za wkładanie do ust premiera słowa na cha.., ha,ha,ha, czy jakoś tak, na wspak, w brukselskich konwenansach prawdy swoje udowadniać, co czyni śmiesznością jej udowadnianie.

IV RP

Odsyłam tedy obywatela redaktora naczelnego i słynnego blagiera do wysp, które przypomną nie tylko świętego Apollina, Amanda, czy tych z Lourdes, ale stały się częścią jego życia, o którym ciągle pisze nie zdając sobie sprawy z tego, że w tym kraju nawet najdowcipniejsi blagierzy wywołują ledwie dostrzegalny uśmiech, bo pochwała zostaje w wyborze, gdzie artysta sam sobie wybiera pochwały, jakby pisał o swoim Azorze z zapadłymi oczami i zwiotczałymi kośćmi dla czytelników szczwanych i nadmiernie przenikliwych nie schwytawszy tego ptaka, którego chciał złapać.

I jakby na to nie spojrzeć musimy wszyscy twardnieć z wolna w nowej formule szczęścia, bo niebawem przyjdzie pora spocząć w ciszy, w świętości nieposkromionej. A mówienie „Takim jestem, takim chcę być” pozostanie tylko marzeniem, gdzie powiedzenie „Was niech diabli wezmą, marzeniem będzie na wiecznych wieków pamiątkę.

Z natury rzeczy człowiek, to zwierzę kłamliwe, groźniejsze od innych zwierząt, które chytrością może tylko przewyższać zwierzęta inne też bez sumienia, a chytre, które rozkoszując się swoją roztropnością, szukają sumienia moralności w przyjemności rozpatrywania duszy, której sami nie posiadają, bo kierują się motywami postępku w myśl zasady, „Co powiedziałem to zrobię”, choćby miało to charakter wypaczenia, delikatnie rzecz ujmując, co pokazuje „Ballada o prawdziwym kłamstwie”, gdzie pragnienia wolności, póki się nie ma mocy, były drogą do tego, aby głupie prawa, które wtedy głupie, do dzisiaj zostały i stały się normą, bo tej mocy nabrały, zamieniły się w przemoc, przemoc sprawiedliwości, czy w przypadku Zapętlonych, „sprawiedliwości nierównej mocy”, bo archiwalne materiały wygrzebane z ipeenowskich archiwów, kopią przeszłość, która podnosiła się z wojennych kolan, namaszczonych stalinowskim socjalizmem.  Filmowość Trzosa- Rastwieckiego, to przeszłość propagandy sukcesu: to sto sześćdziesiąt fabryk domów, to sześćdziesiąt cztery huty żelaza, szkła i innych detali produkcyjnych, to jedna polna droga, tak zwana „Gierkówka”, to tysiąc szkół na tysiąclecie i osiedla bez dróg dojazdowych, to tysiące PeGeR-ów, i setki tysięcy rolników, którzy dzisiaj na KRUSIE peeselowskim, dogorywają w starych popegeerowskich czworakach, to setki statków wybudowanych w watykańskich stoczniach przez post-radzieckich robotników z Kamczatki, to puste półki z bezideowej rzeczywistości, to zdrowa żywność nieskażona kapitalistyczną chemią. To miliony niepiśmiennych socjal-idealistów, którzy budując Nową Polskę, budowali swoje domy i swoje radosne chwile niepodparte katolicko-genderową nienawiścią do dobrobytu, który wciąż nie dotarł do polskiej biedy, topiącej dziecioróbstwo w beczkach z zakłamaną ideologią michalikowych kazań. To wreszcie AUTOSPOP i setki tysięcy młodych ludzi przemierzających wzdłuż i w szerz, bez biletu całą Polskę, której wtedy nie było, a wszyscy czuli się bezpiecznie, podróżując przez wertepy nie polskiej, ale tamtej rzeczywistości. Czy kogoś stać teraz na AUTOSTOP. ile to kasy kosztowało?. Tyle, ile książeczka PTTK(Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze), która karteczkami podróżnymi nagradzała kierowców, którzy przemieścili największą ilość autostopowiczów. Tyle młody i stary musiał odkładać, żeby wsiąść do samochodu byle -jakiego. Stara jakiegoś, nyski, lub rozczochranej Wołgi, ewentualnie ciężarówki do przewożenia ryb.. Pchaliśmy wtedy ten autostopowy świat, który tak jak gospodarka, pchał nas do nowego poznawania i ludzi i kraju, pokazującego swoje piękno, przez pryzmat właśnie stopowania. Stopowania kradzieżom, oszustwom i bez -charytatywnemu istnieniu w społeczeństwie, bo wtedy ludzie podawali sobie dłonie w bezpaństwowej peerelowskiej rzeczywistości.
Jak mówi współczesny politechnik wrocławski, Pawka Murajłowicz Morozow, unwersytecki parafianin:

Propaganda

-Każdą kutwę peerelowską trzeba zniszczyć, tylko my nieroby młode, niewolnicy kapitalizmu mamy prawo do decydowania, a wy starzy do garów gen-derowych, które się dzisiaj nikomu z młodych z niczym nie kojarzą, bo mamy takie bezpieczeństwo państwa jak w nowojorskim Bronksie, a partyjni wójtowie radzi łask rządowych, tak jak watykańscy notable, bez duszy, rozgrabiają resztki majątku narodowego. I tak można bez końca, bo Trzos Rastawiecki, posiłkuje się materiałami dotyczącymi tak zwanej propagandy, która wyśmiewana wówczas, stanowi dzisiaj wzorcowy materiał pijarowski dla prześmiewczych aparatczyków obecnej władzy, włazidupstwa ortodoksyjnych szowinistów i pospólstwa gminnych panów, co jest specyficzne dla dzisiejszego życia politycznego.
Przykładowy film stanowi świetny przyczynek do dyskusji „ponad podziałami”, (kto to dzisiaj pamięta i stosuje) na temat tamtego, nieudawanego socjalizmu i tutaj i teraz polskiego, tym razem zapętlonego kapitalizmu.
„Propaganda była też groźną bronią, za pomocą, której władze zwalczały warstwy społeczne niepasujące do wizji państwa proponowanej przez polski reżim oraz potężnego Wielkiego Brata- Związek Sowiecki”.(cytat z filmu)

Rzecznik rządu w tamtych czasach, Jerzy Urban mówił wtedy: „w zasadzie nie kłamałem, czyli nie kłamałem świadomie: każdy rzecznik kłamie, bo kłamie źródło jego informacji”

` A dzisiaj, młodzi parafianie uniwersyteccy wierzą w statystyki, tak jak my wierzyliśmy w „Polakowską” propagandę i dziesiątą potęgę świata.  Młodzi zatracili dzisiaj tożsamość narodową, której nie należy mylić z ONR-owskim szowinizmem podpartym narodowym katolicyzmem, który z polskością nie ma nic wspólnego.  Propaganda nowego sukcesu, tak jak propaganda za PRL-u, jest tą samą propagandą z tą tylko różnicą, że wtedy mieliśmy na karku, Brata- Zwiazek-Sowiecki, jak pokazuje Rastawiecki –Trzos, a dzisiaj praktycznie nikt nad nami nie stoi, a jesteśmy jednym poszarpanym ideologicznie bezmózgiem narodowym, który broni Scheiblerowych fabrykantów z „Ziemi Obiecanej”, obcując płciowo z kardynalskimi kapeluszami, które, gen –derowe, nijak się mają do życia doczesnego, sowicie jednocześnie z niego korzystając.
Kościół katolicki ma swoje dziesięć przykazań, a my pogorzelcy prawdziwi, twierdzimy wciąż, że życie człowieka dokonuje się w materii i poprzez materię i też mamy swoje przekazania, tak zwane, Siedem Cudów Naukowego Socjalizmu, w którym:
-Każdy miał pracę. Pomimo, że każdy miał pracę, nikt nic nie robił. Pomimo, że nikt nic nie robił plan wykonywano w stu procentach. Pomimo, że plan wykonywano w stu procentach, nigdzie niczego nie było. Pomimo, że nigdzie niczego nie było, każdy jednak wszystko miał. Pomimo, że każdy wszystko miał, wszyscy jednak kradli. Pomimo, że wszyscy kradli, nigdzie niczego nie brakowało.

W tym kontekście utrwalanie materii, jak i całej etyki normatywnej nie jest jednak adekwatne do wartości duchowych, które za tamtych czasów tak mocno były artykułowane, a dzisiaj zewnętrzny świat materialny, owej duchowości się pozbawił, czyniąc z tego świata, poplątane zbiorowisko zaplątanych dorobkiewiczów, którzy ze swojego zaplątania uczynili filozofię wartości. Należenie do tak zwanego środowiska i przyjaźń z decydentami tworzy z nimi coś w rodzaju „klanu”. Wtedy współsprawcami twoich sukcesów stają się też ci z klanu i równomiernie spływają na nich z tytułu twojej pracy korzyści, najczęściej jednak przeliczane na materialne. Osoby z poza klanu, choćby stanowiły najważniejszą część sukcesu tej placówki, są przyjmowane jak trędowaci, jak zagrożenie zdobytej pozycji decydentów. Decydenci na wyższych stanowiskach to rozumieją, ponieważ oni również drżą o swoje posady, czyli usłużnie czapkują tym wyżej postawionym klanowym obibokom.
Znamienne jest to, że kiedy członek klanu nie odnosi sukcesów, decydenci zawsze znajdą dla niego sukces poprzez swoje manipulacje, które tworzą sukces przymuszenia, ale w środowisku klanu jest postrzegany, jako sukces prawdziwy.

Uchodzi wtedy ona, ta zapętlona rzeczywistość, za wyraz duchowego kociokwiku i politycznego zapętlenia, co w konsekwencji doprowadziło do stworzenia prawa pomiatania ludźmi i definicji: Siedem Cudów Naukowego Kapitalizmu, w którym:

Nikt nie ma pracy. Pomimo, że nikt nie ma pracy, wszyscy pracują. Pomimo, że wszyscy pracują, plan nie jest wykonywany w stu procentach. Pomimo, że plan nie jest wykonywany w stu procentach, wszędzie wszystko jest. Pomimo, że wszędzie wszystko jest, nie każdy jednak wszystko ma. Kradną jednak ci, co wszystko mają. Pomimo, że kradną ci, co wszystko mają, nigdy nikogo nie złapali i wszędzie czegoś brakuje.!!!

Tłusto wyartykułowane słowa, to tylko słowa lub wyrazy. Ile w nich bólu i prawdy, to wiedzą tylko zapętleni, ale jasno z nich wynika, że nie każda jasność jest prawdziwą jasnością, nie każda prawda, prawdą jest, lecz kłamstwo może świecić pustką nadwrażliwości lub sztucznych ograniczeń, które narzucają nam wyższy poziom refleksji, czy z zapętlenia należy się wypętlać.
Obserwuję zaplątanych obywateli od dłuższego już czasu z przyzwoitej odległości i nic nie wskazuje na to, że zaplątani chcą się wyplątać.  W swoje zapętlenie, zaplątali po drodze jeszcze innych, którzy razem z nimi tworzą: Gigantyczny bezsens moralności kłamstwa w zgodzie z własnym sumieniem.

Idąc tropem zaplątanych, wydostałem z ciemności koperty przeszłości. Znalazłem w nich ślady katastrofy autonomii nie tylko umysłu, ale też głupoty, która służy do tego, żeby znaleźć alibi dla zaplątanych i tych, których zaplątali sprawcy zaplątania, czy w wyższej formie konieczności, zapętlenia.

Mój obserwowany zapętlony, to inkwizytor dyrektoriatu z ministerstwa głupich kroków. Ciekawa osobowość, która przegrywa z rozsądkiem odwagi według mniemanologii stosowanej przez prof. Stanisławskiego i mieni się tutaj pomrocznością jasną syna wielkiego elektryka, gdzie wielcy manipulanci bez autonomii niezależności, którą on reprezentuje nijak się mają do autonomii owego ministerstwa, pełnego macek zapętlonych poszukiwaczy prawdy zapętlonej.
Oczywiście w potrzebie tytułowych odróżnień pod tytułem „Wpadnij do pana boga na wódkę z modlitwy”, metafizyczny ból i „kociokwik” po przepiciu, dadzą takie same objawy, bo nie każda świętość jest prawdziwą świętością, a świętość w zapętleniu, może świecić tylko pełnią widzenia rzeczy, której zapętlony nie posiada.
 „Narysuję ciebie piórem mym wyśnionym, jak powietrze w mym klęczniku”,
tak mówił do każdego, który stawał przed jego obliczem i teraz oświeca tym sloganem swoich zapętlonych wyrobników, którzy świecić będą tylko oczami, a może też świecić pustką niewrażliwości lub sztucznych ograniczeń, które zaplątany, jako manipulator im narzucił. Prostoty w tym przypadku trudno się doszukać, może być tylko uproszczenie, które w konsekwencji, samo pole widzenia ogranicza do czubka własnego nosa.
A zagadką pozostaje pytanie, czy naprawdę należy się wypętlać.

Sławetnej pamięci Redaktor Zygmunt Łuszcz z tygodnika „Konkrety”, kiedy piliśmy wódkę, mawiał: „Dziennikarstwo jest jak cisza nadana przez wiatr i żeby ją usłyszeć, trzeba zobaczyć swoje oddalenie, bo idziemy po swoim smutku jak linoskoczek i przywracamy miastu kolory, ostrząc kamienie dla naszych dzieci, żeby później krzyczeć: „wydarłem światu jeden dzień”, by wiosna zakwitła jednym kolorem”.(notatki z lat 70-tych).
„Niezależność” dziennikarska i szowinistyczna autonomia, przekreślają czasami naszą radość życia i jak pisał prof. Tischner, „Nie mogę Ciebie kochać śmiertelny głuptasie, bo” wiatr nieśmiały nie wyrywa drzew”, -coś tylko mi w duszy gra
-Przepraszam, za faux pas”.
Przepraszać. A za co?. Chyba, że autonomicznie, jałmużną z własnych naukowości, bo media gazeciarskie nie chcą pisać o defraudacji autonomii, dlatego tym bardziej odkrywcza nieświadomość może w przyszłości położyć podwaliny pod Autonomiczny Instytut Bezlęku, ze statutem bez kandelabrów i wariografów, bez apertamentowców i „Dwóch ludzi z szafą”, by zamykać można było w niej sens wymowy akademickiej dekadencji, w której teraz zaświat instytutowy egzystuje, a którego wymowy chyba do dzisiaj akademiccy celebryci nie rozumieją.
Nie sięgając daleko w przeszłość, można stwierdzić, że zarówno instytutowa, jak i marksistowska analiza, jest im obca i nakazuje nam śledzić fizycznie zachowanie osoby zaplątanej. Zaplątany, mam tutaj na myśli autonomiczny stołek instytutowy, pragnie za wszelką cenę się wyplątać.
Wariografolog, potrafi pragnienie to opisać w sposób ostentacyjnie przejmujący, a marksista instytutowy, taki jak nasz zapętlony, wykryje jego a-społeczną i anty-naukową genezę. To narkotyczne pragnienie zapętlenia u zapętlonego, jest w jego mniemaniu właściwe i z punktu widzenia zaplątanych etycznie słuszne, jeżeli zasady wsadzi się w odbyt instytutowej autonomii: jak mawiają wyznawcy filozofii starożytnej, może nawet uchodzić za wyraz głębszej postawy duchowej: pragnienia jedności i prostoty, co nasz zaplątany realizuje w sposób ciągle niezmieniających się kłamstw kolejnych, czyli zachowuje się gorzej od frontierów.

Na spotkanie w sprawie zapętlenia byłem umówiony, jak się później okazało z samym sobą u konstabla w Instytucie Prawdy I Kłamstwa.

„ Do budynku zajmowanego po wojnie przez ubecję trafiłem bez trudu. Stałem przed głównym wejściem długą chwilę, aż migawki zdjęć historii nie zadławiły mego strachu. Co za zbieg okoliczności, gdzie on teraz urzęduje?. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i oparłem się o zbutwiałe tynki teraźniejszości, jak o lustro bólu. Patrzyłem na górne sklepienie budynku i dostawałem gęsiej skórki. Zagaszone postacie i prawdy kłamstwa, którymi Fajgla Mindla zadeptała polskie podziemie nie pozwalały mi otrzeźwieć ze smętnej przeszłości. Wszedłem do sklepu obok, kupiłem setkę gruzińskiej przepalanki i setkę przepalanki żmigrodzkiej, i nie patrząc wzrokiem opozycjonisty na klientów, wychyliłem zawartość pierwszej zgrabnym łykiem, popiłem go żmigrodzką, która był stałym napojem ipeenowskich historyków i przeszła do legendy żmigrodzkich koryfeuszy gandzi, przełknąłem to wszystko śliną strachu. Klienci patrzyli na mnie, jak na dziwaka, bo picie alkoholu wśród tuskolandowej publiki groziło, czymś tam, ale odpowiedziałem tylko.  -Ja, nie z Polski”.
Wszedłem do budynku.
Z naczelnikiem Instytutu Prawdy i Kłamstwa, byłem umówiony telefonicznie. Czekał na mnie w swoim gabinecie. Patrzyliśmy sobie w oczy, jak dwaj dobrzy znajomi. Przypominał mi tu i teraz kurczaka w ananasach, którego spożywałem przy trzydziestostopniowym upale, kiedy poszedłem z wizytą do jego asystenta i kupiłem kilogram lodów, razem z litrem mrożonej kawy, żeby spożyć to w towarzystwie gospodarza, bo duszno i sucho w gardle było.  Asystent, mrożonkami poczęstował lodówkę, a mnie poczęstował gorącą herbatą. To zapewne do kurczaka- pomyślałem. Ale nic z tego. Lody zostały w lodówce. Spożył je zapewne z kimś ważniejszym, popijając wrzącą kawą o smaku r..racjonalnych zachowań.
I staliśmy tak z naczelnikiem w milczeniu, aż usłyszałem; – Nie mam dla pana czasu.
- A co z przepuszczonym doktoratem, przecież ta osoba, powinna stracić tytuł, a pan stanowisko.
-Precz – powiedział naczelnik Instytutu Prawdy i Kłamstwa.
.Wynocha -ryknął.
Odepchnąłem go na dwa metry, aż usiadł w fotelu.
-Proszę mnie wysłuchać: – rzekłem.
-Co z infrastrukturą, która robi z gimnazjalistek magistrów, przecież strzela pan sobie w kolano tym nękaniem, bo jak można kogoś nękać nie oglądając go na oczy. A pisma tajemne, które upublicznił pan przypadkiem przechodniom z ulicy?.  Przecież nawet kocmołuch czegoś takiego by nie zrobił. Działacie panie wszechmogący, jak kukluksklanowe zagony preparowania prawdy, która zaplątana kłamstwem, robi z was wrzody na całej dekadenckiej rzeczywistości, bo nauki w tym nie znajdziesz. Jednym słowem przekroczył pan naczelnik wszelkie granice etyki i moralności.
-I co może też pan napisze na mnie donos, że pana pomawiam, mobbinguję, oczerniam kłamliwymi doniesieniami?.  Wy, damscy bokserzy, rzucacie się na bezbronne istoty, preparując kłamstwa, które powinny was pozbawić etatów i zrobić z was portrierów. -I pan mnie wyrzuca?.
Ruszył na mnie z krzykiem, ale z powrotem wylądował w fotelu. Był zmęczony moją obecnością. Czułem od niego woń alkoholu, a twarz miał napęczniałą, jak arbuz baszkirski, bo mróz prawdy ogarnął jego zdewociałą korupcją gębę.
-Proszę jeszcze mnie wysłuchać naczelniku, bo mam dla pana nowiny z „Zakaczawia”.
-Znowu chce pan ode mnie łapówki w zamian za milczenie-burknął.

-Nie będę zadawał więcej pytań, bo jaka jest dzisiaj różnica między prawdą, a kłamstwem?. Praktycznie nie ma żadnej, bo kłamstwo razem z plagiatem robią dzisiaj kapitalistyczne kariery, czyli, pomimo, że nikogo nie złapią, wszyscy kradną i zawsze będzie czegoś brakować. Tym razem zabrakło bycia z  prawdą. A rozdawane prawdy są jak kartki na cukier z zamierzchłej przeszłości, z tym, że kartki były drukowane na wodnym papierze, a dzisiejsza prawda, powielana jest plastykową kartą kredytową i to amber-banków z legnickiego, „Zakaczawia”, które mocno zostało podeptane w balladzie o powojennej rzeczywistości legnickich koryfeuszy ciemnych interesów.
-Wie pan, co mam na myśli panie naczelniku. Pochodzimy obaj z tamtych terenów i musimy to zrobić dla naszego przyjaciela Benka, Benka Cygana i retrospektywnie postawić znak równości pomiędzy „Balladą o prawdziwym kłamstwie”, a „Balladą o Zakaczawiu”. Praktycznie ten sam okres PRL-owskiej urawniłowki, złodziejskich elit tamtego okresu i cygański szejk Benek, który legendą wyrósł na bosa legnickiego świata podziemia przestępczości zorganizowanej. Tak chcieli wszyscy konstable, którzy ze skromnego obywatela zrobili gangstera, lokalnego zakaczowsko-legnickiego dworu panów. Zrobili, bo tak chcieli? Czy Gienek, nie Benek tak chciał, chociaż nikt go o to nie pytał?. Skromny obywatel światów dwóch, który w spokoju swojego sumienia podawał rękę najbiedniejszym, został nieszablonową postacią legnickiego i nie tylko „establishmentu”, podziemnego świata biznesu, został niekoronowanym królem zachowania spokoju i sił zła, które opanowały legnickie rozczochrane życie towarzyskie. Panował nad swoimi emocjami, lecz nie zapanował nad swoją cygańską namiętnością do kobiet, które do dzisiaj nim żyją.
-Dlaczego, pytałem Wandę, jego byłą dziewczynę, jesteś teraz samotna, dlaczego nie chcesz o nim mówić, przecież jego nie ma, żyje tylko o nim legenda, która tak nieprawdziwa, jak to legenda stała się sama z siebie tajemnicą, która milczy.
I milczy teraz Wanda, która śmieje się z legendy o bandycie z „Zakaczawia”, śmieje się, bo nikt tak naprawdę nie zna Gienka Cygana, oprócz jego dziewczyn..
-Kocham go do dzisiaj, mówi Wanda, moja samotność, jest jego samotnością, bo jak kocha się samotność tak jak Gienek kochał mnie, to z samotnością tak, jak bez niego można przeżyć całe życie, bo chwile z nim spędzone pozwalają na samotność.
- A ciebie, kto chronił, jak broniłeś knajpianej sprawiedliwości w legnickim, „Spectrum hotel?”.- pyta mnie Wanda.
-Wiedział, że spłaszczyli tobie portfel na grubą kasę lokalni politycy, ci twoi bezpartyjni przyjaciele, których unikasz teraz jak ognia. Raz podałeś Gienkowi rękę i nie wiesz, którą, ale on o tym pamiętał i wiedział, że tacy jak ty są dużo warci, lecz długo nie pożyją, bo inni czyhają na twoje tajemnice. A on, dużo po prostu widział i musiał wpaść w poślizg, który uratował takich jak ty przed śmiercią.
Lubił tam przychodzić i patrzeć, jak błyszczy twoja czerwona marynarka. Wiedział, że się nie boisz. Czekał tylko jak pękniesz, aż „Żółty” z „Kalafiorem”, zedrą z ciebie pękatą dumę strachu, który siedział w twoim środku. Sam to przeżywał, kiedy tak jak ty, bandy pijackich gangsterów i ich dziwek rozganiał strachem swojego spokoju.  Dlatego tam ciągle bywał, bo wiedział, że Jurek Murzyn nie da tobie rady, że rozgonisz ich tą swoją pewnością siebie. Nawet jak pili wódkę z pod stolika, to przynosiłeś im swoją i stawiałeś na stół. A oni ci groźni szli do baru ze wstydu i płacili w ten sposób haracz za swój honor podstolikowy, bo stać ich było na kilka butelek z baru. No i ubrałeś ich w garnitury, co robiło z nich prawdziwą elitę. Nie wiesz ile tobie zawdzięczają, bo ich dziewczyny i żony broniły ciebie i twojej kurtuazji. Widziały w tobie dżentelmena. A tym kobietom strasznie tego brakowało. Ty dałeś im kulturę bycia i salonowe maniery, z którymi obnoszą się teraz w kurortach z używana odzieżą. Gienek narzucił im twój styl bycia: to proszę pana, nie ty. Nie mogli tego przełknąć, ale zrozumieli, że kultura obycia może ułatwić okradanie, takich jak oni i szli z tym za rękę, widząc szansę na zaistnienie w świecie marzeń, do których ich poprowadziłeś, bo przekonali się, że pieniądze to nie wszystko.
- A ten farbowany profesor, twój kumpel z tytułem doktorskim musiał być nieźle szajbnięty, jak zmieniał nazwisko na tytularnych świadectwach.  Gienek nie wziął od niego ani grosza i dzisiaj przewraca się pewnie w grobie, że był taki naiwny i dał się wystrychnąć na dudka.
-Dosyć, niech pan skończy, ile tym razem. Mam teraz sto tysięcy.
-Przecież jeszcze ani razu nie wziąłem od pana pieniędzy. Chcę tym razem, aby oddał pan wszystkie swoje tytuły naukowe prawowitemu właścicielowi, bo inaczej ujawnię pańskie prawdziwe nazwisko.
-Ale po co jemu te papiery, jak on siedzi w psychiatryku.
- Dostał się tam przez pana pychę i salonowe łgarstwo. Jutro wychodzi ze szpitala i potrzebuje wrócić do swojej prawdziwej tożsamość. A tak w ogóle to pana aresztuję za ukrywanie prawdy.
Blady, spozierał raz na mnie, raz na swoje mokre spodnie, które coraz bardziej przypominały zuryniony fotel władzy.

Władza

Patrzyłem na zapętlonego tak, jak on na swoje ofiary. Z bezczelnością kłamstwa i wciskania się pod ochronny parasol dla zapętlonych. Refleksja tego rodzaju wzbudziła w nim strach, jak to u zaplątanego, obserwowanego z przyzwoitej odległości, bywa. Przestałem być dla niego dyskretny dyskretnie, co niniejszym czynię, aby nie musieć czuć się zobowiązanym w stosunku do samego siebie. Nie mam do niego pretensji, że pobudził swoje sumienie kościelnymi modłami o deszcz i naraził naszą moralność na szwank. Jest przecież uczciwy i zadowolony z siebie, a tutaj sytuacja z pętelką na szyję, nagła. Przecież to nie jego wina. On był w porządku. Szedł równo i uważał, żeby nie wpaść w dziurę, bo jego koleżka zaczął nową kadencję. Właściwie to przypadek patologiczny. To właśnie dobre określenie, które nas usprawiedliwia. W stosunku do siebie, ci inni też wielcy, zapętleni, nie czują zapewne trudu pomówienia, jakiego w ich imieniu dokonał nasz zapętlony własnym obiektywizmem i przenikliwością swojej kałmuckiej łepetyny.
Pytaniem pozostaje tajemnica szyfru, jakim posługują się zapętleni i czy ciągłe zapętlanie zapętlania stworzy z zapętlania dziedzinę nauki.
A, że bez atencji piszę, co piszę poetą się posłużę:
 „Czy potrafimy popatrzeć na siebie, tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu. A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie, ze zmartwień różnych swoje serce leczy”.(
Z poetą o wierszach polskich rozmawialiśmy w Doniecku na Ukrainie, lat minęło wiele, a te słowa wciąż tkwią we mnie)

Ale bywają ciągle tacy, jak nasz zapętlony, którzy ten cytat zniekształcają, bo zapętlenie to ich sposób na życie.

Nie stąpajcie nigdy po instytutowych schodach, bo zostaniecie posądzeni o lobbing mobbingu, schodów oczywiście.

Roman Cupał

 
Przeczytaj poprzedni wpis:
Twój Ruch
MÓJ RÓCH?

„Wiele, wiele jeszcze trzeba dokonać zmian, żeby wszystko pozostało po staremu” Tekst powstał po wizycie na zebraniu wyborczym (listopad 2013)...

Zamknij