RACJA TV

Facebook.

Najczęściej czytane

WYNOCHA Z NASZEJ ZIEMI I GAJÓW DĘBOWYCH!

Publikowany po raz pierwszy, choć użyłem w nim kilka paragrafów z innego artykułu „Słowiański Polak czy polski katolik?” opublikowanego w „Bez Dogmatu”. Był to chyba mój najgorszy artykuł choćby, dlatego że wtedy ciągle jeszcze nie mogłem pozbyć się naiwnego mniemania, że ślepo wierzących można przekonać logicznym argumentem.

Jeszcze nigdy Polska nie była tak skatoliczona (żeby nie powiedzieć zażydzona) jak obecnie. Ponad 90 procent tradycyjnie słowiańskiej Polski modli się do Żyda. Żydówki i żydowskiego boga (zwanego czasami Jehowa albo Jahwe). A teraz również zaczynają się modlić ci polakatolicy do największego, najbardziej skatoliczonego i nieubłagalnego wroga słowiańskiej Polski: Karola Wojtyły, sługi obcego państwa, nie Polski słowiańskiej. I między innymi dlatego ten władca Watykanu wolał być pochowany na obcej ziemi, a nie u siebie w kraju.

Ale to chyba początek końca tego zniewolenia polskiej kultury, które trwa już tysiąc lat. Teraz, kiedy  Wojtyła poszedł do nieba, czyli do nikąd, nastąpi może powolny powrót do naszej słowiańskiej kultury, tylko „chwilowo” (…z perspektywy wielu tysięcy lat słowiańskiej historii), przyduszonej skorupą obcej, religijnie rasistowskiej i anty słowiańskiej ideologii.

Dąb

Niedawno, bo w 1931 roku, katolicy stanowili tylko około 65 procent ludności Polski; w 1791 r. – zaledwie 54 procent. Ponad 200 lat temu Polska była wielokulturową republiką królewską szczycącą się długoletnią tradycją tolerancji religijnej. Jak podkreśla historyk Ray Taras, w roku 1573 Konfederacja Warszawska „oficjalnie ustanowiła tolerancję i równość religijną, co sprawiło, że Polska stała się jednym z najbardziej liberalnych społeczeństw w Europie”. Polska była wtedy znana jako „kraj bez stosów”, jako „miejsce schronienia” dla ofiar prześladowań religijnych, jako „Paradissus Judaeorum” (raj żydowski). Według brytyjskiego historyka Normana Daviesa, Polska była „unikalna w Europie”, ponieważ pozwalała na „pokojowe współistnienie katolicyzmu, prawosławia, ormianizmu, judaizmu i islamu”. Jest znaczącym i mało znanym faktem, jak twierdzi polski historyk Jędrzej Giertych, że „zasada tolerancji religijnej została wprowadzona do ideologii europejskiej przez Polskę”.

Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze to fakt, że przez długie tysiąclecia Polska była słowiańska, nawet tysiąc lat po tym, jak Jezus, Szaweł i inni stworzyli nową religię żydowską, zwaną chrześcijaństwem. Ale setki lat przed i po tych wydarzeniach na Bliskim Wschodzie i w Rzymie, w świętych gajach dębowych, niezliczone pokolenia Słowian wielbiły przez długie wieki słowiańskiego boga Świętowita i stawiały mu czterogłowe pomniki z drzewa dębowego. Źródła wody, rzeki i jeziora były otaczane czcią religijną. Za zanieczyszczenie gajów dębowych i źródeł wody groziły ciężkie kary. Takie surowe, słowiańskie przepisy powinny być też teraz stosowane. Proszę zobaczyć, jak teraz wyglądają w Polsce lasy: zaśmiecone, zasrane, zeszpecone, zdewastowane. Nie mówiąc już o świętych gajach dębowych i innych, które zostały doszczętnie zniszczone i wycięte przez hordy niemieckich misjonarzy i polakatolików pozbawionych szacunku i podziwu dla dzikiej natury, która jest dla nas wszystkich na świecie wspólnym ludzkim dobrem i domem.

Ziemia moim ciałem

To bzdura, że historia Polski to historia Polski chrześcijańskiej. Jak argumentował Paweł Jasienica, rok 966 był jedną z najważniejszych dat w historii Polski, ale data ta nie może być uważana za początek polskiej państwowości i kultury. Na bardzo długo przed przyjęciem chrześcijaństwa (co było jedynie manewrem politycznym ze strony Mieszka I) przez tysiąclecia, nasi prawdziwi, słowiańscy pradziadowie, Polanie, byli już wysoko zorganizowani politycznie i gospodarczo. Nasza rdzenna polska kultura i religia prasłowiańska była bliska przezwyciężenia obcej ideologii chrześcijańskiej podczas powstania pogańskiego za Masława, bohaterskiego księcia, który, jak twierdzi Antoni Wacyk, „symbolizuje polską Słowiańszczyznę”. Według Wacyka, katolicyzm „przez wieki całe był religią dworską, do szerokich mas ludności docierał powierzchownie… W XVI wieku zanosiło się nawet na to, że Polacy zerwą zupełnie z katolicyzmem.

Jak wykazuje Zbigniew Sługocki w „Zagubionym posłannictwie”: „Wszyscy uczeni zgadzają się dziś, że ani Mieszko I osobiście, ani jego lud nie miał żadnej duchowej potrzeby zmiany wiary, głównie i przede wszystkim dlatego, że katolickiego Boga nie znali”.

Zagubione posłannictwo

Zarówno Mieszko I jak i książę Lechii Mieczysław I przyjęli chrześcijaństwo ze względów czysto politycznych. Kto wtedy miał możliwość obronić się skutecznie przez morderczą nawałą germańskiej chrystianizacji Pogan? Lepiej „przyjąć” chrześcijaństwo niż zginąć od miecza niemieckiego lub duńskiego imperialisty – chrześcijanina, bez żadnej litości podbijających Słowian w imię Jezusa. Lepiej ugiąć się niż złamać. Lepiej być lisem niż lwem, po to tylko aby przetrwać i mieć nadzieję na powrót kiedyś do własnej religii i kultury, nawet po latach, nawet po setkach lat.

Poza tym, na długo, na bardzo długo, po tzw. „przyjęciu chrześcijaństwa”, nie byliśmy chrześcijanami. Jak wiadomo niektórym z nas, za czasów księcia Masława, wypędzono niemieckich misjonarzy, a kościoły katolickie zniszczono. Oczywiście ani chrześcijańscy imperialiści niemieccy, ani ówczesny papież, nie mieli absolutnie zamiaru pozwolić na załamanie się krucjaty chrześcijańskiej w krajach słowiańskich. I tak to nasi odwieczni wrogowie, Watykan i Niemcy, zorganizowali w porozumieniu ze zdrajcami księciem Kazimierzem i księciem Jarosławem atak na Lechię, w wyniku której słowiański bohater narodu polskiego, książę Masław, został zamordowany, a słowiańska Polska, Lechia, legła w gruzach. Jak mówi „Kalendarz Słowiański na rok 1947″ to może od tej tragedii narodu polskiego, czyli od 1049, należy liczyć „erę chrześcijańską w Polsce” i powolny upadek rodzimej naszej religii słowiańskiej. Powolny, bo oczywiście przez długie lata jeszcze słowiańska religia żyła z dala od dworskich wysp skatoliczonej szlachty. W 1294 roku zmarł ostatni słowiański książę pomorski Mściwój, a w 1434, ostatni polski król pogański, Władysław Jagiełło. Litwa, z której pochodził Jagiełło, nigdy nie straciła całkowicie swej pogańskiej tożsamości i dziś jest jedną z największych nadziei na odrodzenie się przedchrześcijańskich kultur w Europie Środkowej. W niektórych częściach kraju, np. na Śląsku, jeszcze w XV wieku Polacy używali słowiańskiej przysięgi na słońce.

Co wspólnego ma kultura polska z religią jednego z wielu „synów bożych” z basenu Morza Śródziemnego? Dlaczego mimo własnej religii słowiańskiej, ciągle wyznajemy religię jednego z wielu mesjaszów żydowskich, pierwotnie przeznaczoną tylko dla niewykształconego chłopstwa i biedoty żydowskiej z prowincji galilejskiej? Jaką korzyść dla polskiej racji stanu może mieć podpisanie konkordatu i utrzymywanie jakichkolwiek stosunków dyplomatycznych z Watykanem – antydemokratycznym, antysłowianskim, absurdalnie autokratycznym państewkiem katolickim, którego średniowieczna organizacja polityczna, jak wykazał James Madison, ojciec Konstytucji Amerykańskiej, jest „najgorsza z możliwych”?

Co wreszcie może mieć wspólnego z naszą autentyczną, rodzimą, prasłowiańską religią religia obcych nam kulturowo ludów semickich (żydzi nie są semitami), odległych w czasie i przestrzeni? Dlaczego my Polacy wyrzekliśmy się własnej religii i bałwochwalczo wierzymy w bogów wymyślonych przez inne ludy? Chciałoby się sparafrazować Mikołaja Reja: Niechaj wszystkie narody „znają”, że Polacy nie głupi i swoją religię mają. Mieli, ale nie mają.

Dla słowiańskiego Polaka nie powinno być żadnego „Bożego Narodzenia”, bo nikt nie wie i nie będzie wiedział, kiedy właściwie urodził się Jezus Chrystus (jeżeli się w ogóle urodził, a nie jest tylko zwykłą fikcją literacką, stworzoną przez religijnych bajarzy, którzy napisali tzw. Ewangelie). Z pewnością nie w okresie przesilenia zimowego, bo „Boże Narodzenie” to między innymi prastare święto pogańskie Mitry, perskiego boga słońca, który nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. A poza tym, „Syn Boży” to nie fakt historyczny, a ulubiona metafora starożytnych Egipcjan, Greków i Żydów. Według Antoniego Wacyka z Zadrugi, dla wierzącego Polaka święto przesilenia zimowego to „Szczodre Gody”, a nie „Boże Narodzenie”. I nie „Wielkanoc”, a „Gody Jaru”.

Czas powrócić do słowiańskich świąt, czas przywrócić czar i urok chyba najradośniejszego święta Słowian: święta przesilenia letniego, kiedy na wzgórzach paliły się znicze, a wchodzący w życie dorosłe Słowianie i Słowianki mogli cieszyć się spontanicznym seksem, nieokiełznanym jeszcze i nieobarczonym piętnem grzechu przez chrześcijańską pogardę dla erotyki ludzkiej, i przez chrześcijańską perwersję promowania „czystości” i dziewictwa. To nasze święto Kupały, którego żaden religijny najeźdźca z Palestyny żydowskiej, Watykanu, czy Azji, nam, Słowianom, nigdy nie odbierze. To święto kąpieli w świętych jeziorach i rzekach, w świetle księżyca i płonącego ognia.

Nikt nie był w stanie wytępić i chyba nigdy nie wytępi tak słowiańskich obyczajów, jak topienie Marzanny, oblewanie się wodą, malowanie i dzielenie się jajkiem wielkanocnym. Oczywiście, skatoliczony, niedokształcony polski katolik, chętnie uczestniczący w tych bardzo atrakcyjnych obrzędach i praktykach słowiańskich, nie zdaje sobie w ogóle sprawy z ich słowiańsko-pogańskiego znaczenia. Bo to pazerne chrześcijaństwo wszystko, co mu nie pasuje, albo niszczy, albo przywłaszcza sobie jako swoje własne. I tak zabrano wielki dzień powrotu nieśmiertelnego słońca dla bożka Jezusa i nazwano go „Bożym Narodzeniem”. I tak to powstały „Matki Boskie” śnieżne, siewne i zielne, częstochowskie i inne takie dziwactwa polskokatolickie. I tak zabrano pogańskie na całym świecie, czyli u nas słowiańskie, jesienne święto plonów w okresie zrównania dnia z nocą. Cóż za podstępnym plagiatem jest chrześcijaństwo w ogóle, a katolicyzm w szczególności! Mieczem i ogniem; fałszem i plagiatem tak zdobywała świat ta antysłowiańska i antypogańska krucjata.

W słowiańskiej Polsce będzie miejsce i dla agnostyka, i ateisty polskiego, bo religia w naszym nowoczesnym pojęciu słowiańskim, to głównie tożsamość kulturowa i językowa, a nie koniecznie wiara w bogów, gusła i zabobony. Nie musisz modlić się do Świętowita i składać mu ofiary. Ale możesz, jako Słowianin, uczestniczyć w świętach, które symbolizują kulturę Twoich przodków – a nie kulturę obcych biedaków i prostaków, jakiś Galatów, jakiś Efezów, Filipensów, Kolesensów, tudzież jakiś Tesalonicensów.

I tu osobista dygresja: czy można sobie wyobrazić coś bardziej tragikomicznego niż obecny rytuał katolickiego pogrzebu w Polsce, podczas którego polskokatolicki kapłan żydowskiej religii czyta z jakiejś żydowskiej „święte księgi” fragmenty listu jakiegoś Żyda do jakiś Żydów w jakiejś żydowskiej wsi? Tak, jak to miało miejsce podczas pogrzebu mojego biednego ojca w Starachowicach? Podczas całej tej druzgocącej dla mnie psychicznie ceremonii, nie padło ani jedno słowo o moim ojcu. Były natomiast cytaty z tego żydowskiego listu, które nie miały nic wspólnego ani z Polską ani z polskością ani, co było dla mnie szczególnie przykre, z moim ojcem. W Stanach Zjednoczonych, które też są w większości chrześcijańskie jest przynajmniej bardzo sensowny zwyczaj, który polega na tym, że na pogrzebie każdy z obecnych ma prawo powiedzieć coś miłego, coś szczególnego, o umarłym. Ale w skatoliczonej Polsce, skatoliczony kapłan klepie cytaty z żydowskich ksiąg i niecierpliwie czeka na koniec ceremonii. Rola rodziny i przyjaciół zmarłego ogranicza się do wysłuchiwania pustych frazesów wygłaszanych przez katolickiego kapłana i do płacenia za to gadanie.

W słowiańskiej Polsce będzie miejsce dla polskich katolików, ale tylko jako mniejszości religijnej, tak samo jak teraz jest miejsce dla polskich muzułmanów, buddystów, czy innych takich, którzy reprezentują alb margines, albo ślepy zaułek życia kulturowego w Polsce. Taka jest tolerancja słowiańska że aberracje kulturowe i religijne są akceptowane, tak jak natura toleruje najróżniejsze dziwactwa ewolucji biologicznej. I to jest nasza tradycyjna słowiańska gościnność i tolerancja. I to jest powód, dla którego słowiańscy Polacy pokojowo współistnieli z innym ludami i wyznaniami. „Gość w dom, Bóg w dom”.

Wydawałoby się, że skoro sowiecki komunizm w końcu upadł, to Polacy wreszcie zapragną prawdziwej wolności i demokracji. Ale stało się już jasne, Że chociaż Polska należy teraz raz do Strefy tzw. wolnego rynku, to duchowo jest ciągle w niewoli katolickiej. Może zbyt długo byliśmy ofiarami cudzych ideologii: katolicyzmu, socjalizmu i komunizmu. Teraz jednak, po raz pierwszy od czasu prasłowiańskiej Polski, my słowiańscy Polacy mamy unikalną szansę po ponad 1000 lat, być wreszcie duchowo wolni, odrzucić obce ideologie i religie, i powrócić do naszych korzeni kulturowych.

Nie wolno nam bać się tej wolności i nie możemy już więcej być ani religijnymi niewolnikami Watykanu, ani politycznymi wasalami Białego Domu, Moskwy, czy Brukseli. Ci, którzy chcą popierać imperialistyczne ambicje USA, niech robią to prywatnie, na własny koszt. Ci, którzy nie mogą przestać modlić się do Karola z Wadowic, Jezusa z nieistniejącego Nazaretu,  Szawła z Tarsu, „Wiecznej Dziewicy” ze wsi żydowskiej i setki innych bożków, i świętych katolickich, niech sobie wyjadą do Watykanu i do tzw. „Świętej Ziemi”. My mamy własną Świętą Polską Ziemię.

Po co im słowiańska Polska?

Wynocha z naszych gajów dębowych

Źródło: http://opolczykpl.wordpress.com/my-slowianie/

 
Przeczytaj poprzedni wpis:
O Korwin Mikke
„Divide et impera”

Podzielenie ludzkości na różne ideologie, jakie dokonało się w XIX i głównie w XX wieku, to wręcz majstersztyk zarówno psychologii...

Zamknij