RACJA TV

Facebook.

Najczęściej czytane

Umarły cmentarz, kulisy pogromu kieleckiego, studium jak złamano kręgosłup moralny „Narodu”.

Kiedy prezydentura Andrzeja Dudy, męża żydówki Agaty Kornhauser, zaczyna przerażać nawet najbardziej powściągliwych jego zwolenników, kiedy PIS przeforsował „ustawę antyterrorystyczną” (pisaną na zamówienie Mossad`u) i narasta korupcja nowej zmiany, kiedy szwagier Dudy – żyd Kornhauser – dostał właśnie sowitą nagrodę za swe „poetyckie” wypociny, warto się zastanowić czy Adam Kornecki vel Dawid Kornhauser jest krewnym Agaty Kornhauser?Duda

Jak wiadomo „pogrom kielecki” był rozgrywką wewnątrz-żydowską i faktycznymi ofiarami tego wydarzenia było dziewięciu niewinnych Polaków, rozstrzelanych parę dni po pokazowym procesie.

Kornhauser był organizatorem tej krwawej farsy i warto sprawdzić to: na ile „ta” rodzina Kornhauserów jest  zamieszana w tę zbrodnię na Polakach. Bo ojciec Agaty Kornhauser musiał być w to zamieszany – jak wiemy – napisał nawet wiersz szkalujący tam niewinnie zamordowanych Polaków.

Red. Gazeta Warszawska

 

Pomysł pogromu kieleckiego

Niezależnie od tego, że tu właśnie wyznaczono mu miejsce i niezależnie od wyboru czasu, opierał się na przekonaniu, że większość osób poddanych propagandzie komunistycznej, uwierzy, że kielczanie uwierzyli, iż Żydzi wytoczyli krew z chrześcijańskiego dziecka i w taki czy inny sposób ją spożyli. Związki i bliskość Żydów i Polaków do momentu utworzenia getta, a właści­wie wszystkich gett na terenie byłego Generalnego Gubernatorstwa, była tak wielka, że Polacy wyznania katolickiego orientowali się doskonale w obyczajowości, sposobie bycia i nawet w systemie świąt i wierzeń religijnych Ży­dów. Absolutnie nikt nigdy nie uważał, że maca, powszechnie zresztą kupowana i sprzedawana przed wojną, a także po wojnie w Polsce Polakom, zawiera domieszkę krwi. W czasie okupacji hitlerowskiej Polacy, częściowo z biedy, robili sobie w domach placki z wody, mąki i soli, które przypiekali na blasze paleniska i nazywali je macami.

Żydzi zostali umieszczeni w getcie, zorganizowanym być może celowo, przy ulicy Planty 7 i nikogo specjalnie nie obchodzili, poza tymi, którzy rozpoznawali wśród mieszkańców tej kamienicy Żydów, którzy ich przesłuchiwali, przeprowadzali u nich rewizje w domach, itp. Żydzi ci budzili niechęć i strach i nikt nie ośmielił się podnieść na nich ręki.

Jednak Żydom, którzy naprawdę byli Żydami kieleckimi i którzy wrócili, zezwolono na mieszkanie osobno, powrót do swoich domostw. Właśnie pani Fischowa z dzieckiem była jedyną ofiarą wśród kieleckich Żydów. Choć nie skoszarowana na ulicy Planty, padła ofiarą, co było wynikiem nadgorliwości i pomyłki, a może nadmiernej chęci rabunku u milicjanta Mazura z Ostrowca, którą to niesubordynację, wnoszącą zamęt w doskonale zorganizowaną akcję, milicjant ten przypłacił życiem.

W obsesyjnym wręcz uporze, by Żydów przybywających z ZSRR lub z innych miejsc, lub – w swoim mniemaniu – będących tylko przejazdem przez Polskę, skupić w jednym miejscu, ujawniła się inna zagadkowa okoliczność; tzw. „dom żydowski” nazywany też był „domem ubeckim”, co było nieścisłe. W jednej klatce bowiem władze umieszczały Żydów wierzących, syjonistów i przygotowujących się do wyjazdu do Palestyny kibucników, w drugiej klatce zaś, mającej dwa wejścia, pracowników UB i PPR. Większość kielczan nie orientowała się w tym podziale widząc w tym domu jeszcze jeden z domów rządowych, gdzie kwaterowało wojsko i mieściły się różne szczeble Urzędu Bezpie­czeństwa, PPR, itp. oraz mieszkania zajęte przez funkcjonariuszy nowej władzy.

Stosunek Polaków, w tym Kielczan, według moich badań, a także z tego co pamiętam, bo mieszkałem w tym mieście w latach 1945-1948, przechodził przez różne etapy, których ślady nawarstwione jawiły się jako sprzeczności i niekonsekwencje. Uciekinierzy z Kielc z września 1939 roku, którzy wracali od końca tego miesiąca, a nawet przez cały październik, przywozili zatrważa­jące wiadomości o radości, jaką wywołało wśród Żydów na wschodzie Polski wkroczenie armii radzieckiej, natychmiastowym akcesie, szczególnie młodych i wyemancypowanych z hasydyzmu Żydów do WKP(b), Komsomołu, a także formacji policyjnych, w tym NKWD. Potem dochodziły wieści o udziale Ży­dów w organizowaniu masowych wywózek ludności polskiej na Syberię lub w inne rejony ZSRR – co odbywało się z niezwykłą brutalnością, a często kończyło się śmiercią, przede wszystkim dzieci.

Jednocześnie byli kompletnie zobojętniali na tragedię swoich braci znajdujących się za sowiecko-niemiecką granicą przyjaźni w Generalnym Guberna­torstwie. Wielu uciekinierów stamtąd dążących do ZSRR, w tym żydowskich komunistów, NKWD przekazywało s powrotem „stronie niemieckiej”, kierując w ręce kompetentnego organu, jakim było gestapo. Polscy komuniści-Żydzi we Lwowie napisali wiele artykułów, prac historycznych i literackich, wydali szereg deklaracji, jak np. tzw. deklaracja Wandy Wasilewskiej -żadnej w obro­nie Żydów w Generalnym Gubernatorstwie, którzy doznawali nieopisanych cierpień, krzywd i prześladowań.

Doszło do braterskiej wymiany funkcjonariuszy między NKWD a gestapo. W Kielcach i okolicy zauważono oficera NKWD, który rezydował przy kie­leckim gestapo. Wspólnie z gestapowcami zabił on znaną osobistość na Kielecczyźnie, Jana Ostachowskiego. Ten sam oficer NKWD widziany był na Kielecczyźnie po raz drugi w styczniu 1945 r. Wykorzystywał on znajomość terenu i informacje nabyte dzięki uprzejmości gestapo, lub własne kontakty, które niezależnie od gestapo nawiązał z komunistami w 1940 roku.

Na terenach zajętych przez Niemców, przez cały okres początkowy – umowną granicą będzie tu nakaz noszenia przepasek z gwiazdą Dawida, a w jeszcze większym stopniu – przesiedlenie wszystkich Żydów do gett i później zamknię­cie gett – Polacy widzieli w społecznościach żydowskich nadzieję, że Niemcy nie zrobią im krzywdy i liczne próby współpracy, na które Niemcy pozornie się godzili. Sojusz niemiecko-radziecki dodatkowo zamącał obraz. W oczach Polaków Żydzi, którzy tak masowo poparli wkroczenie armii rosyjskiej i roz­kład Polski, początkowo widziani byli jako siła, która włączywszy się w sy­stem ZSRR, była – o paradoksie – sojusznikiem Hitlera. Gdy zaczęły się nie­wyobrażalne prześladowania Żydów, zmierzające do tego, by zgładzić ich wszystkich, nastroje Polaków zmieniły się, przechodząc we współczucie. Jed­nocześnie Polacy zaabsorbowani byli własną tragedią, niespotykaną dotąd w dziejach ich kraju, straszliwymi prześladowaniami, które – relatywnie mniej­sze od tych, które spotkały Żydów – dla Polaków były zaskoczeniem i prowa­dziły do zupełnej zmiany stylu życia w niewyobrażalnej nędzy, nieustannego zagrożenia aresztowaniem, wywózką do obozu lub na roboty, a przede wszyst­kim śmiercią. Jeśli zbilansujemy liczbę osób uwięzionych, wywiezionych z tymi, którzy ponieśli śmierć, przekonujemy się, że nacisk na wymordowanie jak największej ilości Polaków idący od władz administracyjnych i partyjnych w Berlinie na władze w Generalnym Gubernatorstwie, był ogromny. W 1941 roku zapadła w Wansee decyzja o „ostatecznym rozwiązaniu sprawy żydow­skiej”, natomiast na decyzję Hitlera w sprawie co zrobić z Polakami po zwy­cięskiej wojnie, dalej czekano. Czy będą oni wymordowani, jak Żydzi, czy w ramach jednego z tzw. General Plan Ost, przesiedleni na Syberię, śladem Polaków już tam przez Rosjan przesiedlonych? To powodowało, że zagłada Polaków – mimo strat idących w miliony – była połowiczna w stosunku do zagłady Żydów. Trzeba też przyznać, że część współczucia dla Żydów wyni­kała ze wspólnoty losów – czemu dziś Żydzi zaprzeczają, twierdząc, że tylko oni byli ofiarami Hitlera – i poczucia, że po Żydach przyjdzie kolej na Pola­ków. Istnieje już klasyczne powiedzenie pewnego mieszczanina z Bodzenty­na, malarza naiwnego, który powiedział: „Żydki to były na obiad, a myśmy byli na kolację. Ale kolacji nie było”, (tu przy okazji geneza słowa „Żydek”. Otóż na Kielecczyźnie uważano, że słowo „Żydek” jest określeniem przyja­znym, podczas kiedy słowo „Żyd” bywa w użyciu antysemitów. Wielu Ży­dów bowiem – nie tylko przechrztów, ale i wyemancypowanych – wypierało się swojego pochodzenia i na nazwanie siebie „Żydówką” lub „Żydem” rea­gowało obrazą).

Nadeszła trzecia faza, będąca powtórzeniem pierwszej, gdy Rosjanie wkro­czyli do Polski i ostentacyjnie, jak już pisałem, posługiwali się Żydami prze­ciw Polakom. Jakie w tym mieli zamiary pisałem powyżej. Ale i to Polacy przejrzeli, przypisując winę za nową po hitlerowskich, falę prześladowań rosyjsko-stalinowskim siłom, przywołując inne, klasyczne i rozpowszechnione także wśród ludu powiedzenie: „Rękę karaj, a nie ślepy miecz”.

Polacy w Kielcach widzieli jak na dłoni hierarchię, czy swoisty przekłada­niec we władzach UB, KB W, ówczesnego WP i PPR. Było jasne, że na samej górze jest liczna w Kielcach grupa doradców radzieckich, że po nich idąposłuszni wykonawcy – Polacy, a po nich podstawieni im po to, by ich kontrolowali – Żydzi. Niżej i najniżej – chołota- bo tak Kielczanie, nazwani później motłochem, określali niższe szczeble partyjne, milicyjne, UB oraz całe ORMO. Sy­tuację tę perfidnie odwrócono w propagandzie: to lumpenproletariat i świat przestępczy, tak kokietowany onego czasu przez Zawadzkiego w więzieniu w Rawiczu ,jako bracia klasowi”, zapełnił szeregi tych formacji. Kielczanie gardzili nimi, ale gardzili też nimi doradcy Rosjanie i Żydzi wywodzący się na ogół ze sfer wyemancypowanych.

Kryminaliści także byli sojusznikami komunistów w więzieniach, gdzie trzy­mano AK-owców, WiN-owców i byli zwalniani przedterminowo, a potem byli albo konfidentami UB, albo otrzymywali stanowiska w systemie spółdziel­czości lub nawet w bankach. (Jak bardzo w mentalności rosyjskiej zakorzenio­ne jest przekonanie o skuteczności używania kryminalistów przez władze i pacyfikowania przy ich pomocy opozycji, względnie sił niepodległościowych, może świadczyć wypowiedź postkomunisty i oficera tajnych służb – rosyj­skiego odpowiednika o identycznej karierze co Beniek vel Benon, vel Bole­sław Tejkowski urządzający prowokacje na przykład w Oświęcimiu – Władymira Żyrynowskiego. Skierowany do ruchu nacjonalistycznego przez KGB zapowiedział w kwietniu 1996 roku, że włączy do Rosji trzy niepodległe pań­stwa bałtyckie, ale nie podejmie otwartego ataku, tylko skieruje tam krymina­listów, których liczba jest tak wielka, że (tu była zręczna aluzja Żyrynowskie­go do „nakrycia czapkami”) oni paląc te państwa sami doprowadzą do przyłączenia ich do byłego ZSRR.)

Często naprawdę przekwalifikowywali się uważając, że napady z bronią w ręku i włamania są bardziej ryzykowne i kłopotliwe niż zawłaszczanie mie­nia sobie powierzonego i przestępstwa urzędnicze. Ci ludzie stali się m.in. podstawą później stworzonej mafii esbecko-partyjnej na Kielecczyźnie.

Co ciekawe, nie ma żadnych poszlak, że wśród mordujących żydów był niezorganizowany element kryminalny, który żywiołowo przystąpił do rabun­ku i morderstw. Jeśli posłużono się kryminalistami, to znajdowali się oni w sześcio- lub ośmioosobowej zdyscyplinowanej bojówce, co do której do dziś dnia nie wiadomo, czy składała się ona z funkcjonariuszy tajnych służb radzieckich – wtedy potwierdzała by się teza, że obozowali oni w lasku tuż przed pogromem, a wyjechali po zamordowaniu niewinnych zbrodni, a osą­dzonych przez sąd w Kielcach.

Jeden z informatorów, nazwijmy go informatorem „8”, który zastrzegł ab­solutną tajemnicę na temat swoich personaliów, ponieważ nie korzysta z żad­nej ochrony, jak inni, prawdziwi lub domniemani świadkowie, a obawia się nie tylko – jak on to określa – ”zemsty żydów”, ale także że wznowione śledz­two może go zaliczyć do potencjalnych przestępców, ponieważ on jeden wśród moich rozmówców, przyznając się, że był w okolicach „domu żydowskiego” wie, że różnica między „świadkiem” a „nieumundurowanym wykonawcą za­dań w pogromie” jest nie do rozróżnienia. Człowiek ten przedstawił obraz, który nieco porządkuje pozornie absurdalny i niekoherentny opis wydarzeń, który prezentują historycy komunistyczni i postkomunistyczni. Twierdzi on, że do gmachu weszły osoby umundurowane (milicjanci, żołnierze ówczesne­go WP, KBW – odróżniający się od nich pewnymi szczegółami mundurów, funkcjonariusze UB) oraz osoby cywilne, w tym kobiety. Żadna z tych osób, liczącemu podówczas 15 lat mieszkańcowi Kielc nie była znana. Do dziś dnia jego wspomnienie zamącone jest poczuciem winy. Nie tylko nie pomógł, nie przeciwstawiał się, przyglądał się z zaciekawieniem, ale także uważał, że ak­cja (pacyfikacja) przeprowadzana na żydach jest posunięciem słusznym. Tego nie może sobie darować i dlatego zgłosił się do mnie, dowiedziawszy się o pracy nad książką „Umarły cmentarz”. Dziś, jako wykształcony, ponad sześćdziesię­cioletni mężczyzna, precyzyjny, aż pedantyczny, rysuje następujący obraz, je­dyny usystematyzowany.

Wewnątrz gmachu strzelanina, krzyki przeraźliwe. Co pewien czas czte­rech, nie – prostuje – sześciu mężczyzn wyprowadza rannego żyda i oddaje go w ręce bojówki ORMO-PPR, która przybyła z fabryki. Tych sześciu mężczyzn nigdy nie odzywa się ani słowem, nie prowokuje, nie zachęca do zabijania żydów, tylko spełnia jakby mechanicznie swoją pracę zbrodniczą będąc łącz­nikami między wnętrzem budynku, a rodzajem placyku czy skweru, gdzie operują. Ludzie ci, owych – czterech czy sześciu – mężczyzn, to niknie, to powra­ca z nowymi ofiarami. Kursując nieregularnie – czasem między ich pojawie­niami się upływa dłuższy czas. Jednak zawsze są ci sami mężczyźni, których skład osobowy ani zachowanie nie zmienia się Informator ów zapamiętał kulminacyjny niejako moment pogromu. W drzwiach klatki schodowej ukazał się żołnierz, który krzyknął: Porucznik Wacek zabity!”

Według innych danych, tuż przed pogromem, w wojsku i KB W rozpowszech­niano informację paralelną do rozgłaszanej przez milicjantów i cywilnych funk­cjonariuszy o zabijaniu dzieci na macę w domu żydowskim. Otóż informacja ta jest identycznie brzmiąca, co okrzyk żołnierza: „Żydzi zabili porucznika Wacka”.

Czy ów krzyk był prowokacją? Pewnie nigdy nie da się ustalić, ponieważ w walce z żydami zostało zabitych co najmniej dwóch, a może i czterech funk­cjonariuszy inwazujących budynek. Kim byli owi osobnicy? Istnieją trzy moż­liwości: 1) byli to rodowici Rosjanie lub polscy członkowie Smierszu, 2) człon­kowie tzw. band pozorowanych, 3) kryminaliści, którym obiecano wolność i powrót do normalnego życia, a nawet stanowiska w ciągle organizującej się nowej władzy. Nazwisko jednego z takich kryminalistów ustaliłem.

Bandyta z Radomia

Poszukując składu grupy cywilów działającej przy ulicy Planty, poza „ludź­mi obozującymi w lesie”, o których mówi informator nr „4”, a co potwierdził w przedśmiertnych rozmowach jeden z dygnitarzy ówczesnych Kielc, natrafi­liśmy na trop przywiezionych z więzienia w Radomiu, a więc przysłanych przez Czesława Brzozę-Byka vel Boreckiego, więźniów kryminalnych, którym za oczyszczenie się ze zbrodni – byli to bandyci, którym za posiadanie broni i nielegalne przywłaszczanie sobie mienia, groziła nawet kara śmierci – obie­cano nie tylko amnestię w sensie formalnym, a taka była zapowiadana przez rząd w Warszawie, ale także, pod warunkiem ”że się zmienią ustatkują”, sze­reg nowych zadań, którymi zwiążą się z systemem nowej Polski. Przykład pana „A” – bo tylko jego personalia ustaliłem – jest przykładem przejścia grup przestępczych do elit władzy. Jest honorowym obywatelem niektórych miast w Niemczech Zachodnich. Bandyta i morderca „A”, poprzez zbrodnię poli­tyczną w czasie pogromu, a być może jeszcze inne, wszedł do establishmentu politycznego, choć nigdy nie zajmował stanowisk w aparacie bezpieczeństwa, choć był agentem tajnych służb, skierowany został na tzw. odcinek gospodar­czy, gdzie uczestniczył w gigantycznych aferach i kradzieżach, m.in. w tzw. aferze „żelazo”, był sądzony jako osoba zastępcza, której zadaniem było kry­cie głównych winowajców, i szybko wypuszczony. Dorobił się znacznego majątku. Jeździł kosztownymi samochodami. W chwili gdy zaczął się jego spór z byłą żoną, która opiekowała się w chorobie jego matką, a swoją teściową, teściowa ostrzegła ją – być może dlatego, że obawiała się, że nim ona umrze, jej synowa zostanie zlikwidowana – by była ostrożna. Nawet więcej, prosiła, by synowa uznała to ostrzeżenie za zapłatę za wysiłki nad matką byłego męża. Pod koniec życia matki pana „A” spisały nawet umowę, w której matka dała przeciwko własnemu synowi potężną broń swojej byłej synowej. Jednak w umowie tej była klauzula, że użyć tej informacji może tylko po śmierci te­ściowej. Jest to bardzo długa opowieść o drodze od bandytyzmu w Radomiu do tego, by być przedstawicielem potężnych banków socjalistycznych w kra­jach zachodnich, konsultantem banków polskich i zachodnich. Nas interesuje tylko początkowy fragment tego zeznania.

Stał się dlatego człowiekiem najwyższego zaufania, że przeszedł przez próbę pogromu. Jego matka wiedziała dlaczego wypuszczono go z więzienia i dla­czego zawsze się bał, że mu to wyciągną i w tajnym procesie skażą. Stara kobieta zdecydowała się przed śmiercią nie zabierać tej tajemnicy do grobu. „On dosłownie wchodził na szczyty jak po drabinie. Szczebel, po szczeblu.”

„Bandy pozorowane”

W historii najnowszej informacje o tychże pojawiły się bardzo późno, do­piero po upadku puczu moskiewskiego. Historycy nazywają je „pozorowany­mi oddziałami partyzanckimi”. Ówczesny Minister Bezpieczeństwa, Radkie­wicz, nazywa je „bojówkami specjalnymi”. Określano je też jako „grupy bojowe w ubraniach cywilnych”, „własną partyzantkę”, „partyzantkę cywilną”(!) Zachował się w archiwach rozkaz Ministra Bezpieczeństwa Publicznego S/VIII/1233/172 z dnia 4.12.1945 roku. Jak z pisma tego wynika, pierwsze bojówki udające oddziały partyzanckie niepodległościowego podziemia, po­wstały latem 1944 roku. W rozkazie minister Radkiewicz pisze: „(…) Polecam kierownikom placówek UB, aby w największej tajemnicy przygotowali akcję mającą na celu likwidowanie działaczy tych stronnictw, przy czym musi być ona upozorowana, jakby robiły to bandy reakcyjne.

Do akcji tej wskazane jest użyć specjalnych bojówek stworzonych latem ubie­głego roku. Akcji tej ma towarzyszyć kampania prasowa skierowana przeciwko bandom terrorystycznym, na które spadnie odpowiedzialność za te czyny.

Szczegóły wykonania powierza się kierownikom placówek UB pod surową kamą odpowiedzialnością osobistą.”

Siły te jednak musiano uznać za niewystarczające, skoro w niecały mie­siąc potem, dnia 5 stycznia 1946 roku, szef oddziału organizacyjno-instrukcyjnego Głównego Zarządu Politycznego WP, pułkownik/generał Neuge- bauer vel Janusz Zarzycki, przedstawił opracowanie składające się z 4 punk­tów. Punkt 4, jak twierdzi Eugeniusz Misiło na łamach „Karty” nr 11/91, był najistotniejszy. Neugebauer proponował w nim:

„Tworzyć z aktywistów partyjnych, robotników, żołnierzy, oficerów, od­działy partyzanckie ubrane po cywilnemu” (…) itd. Do kwestii tej wraca puł­kownik Neugebauer pół roku potem, 17 czerwca 1946 roku w czasie posiedze­nia Biura Politycznego KC PPR, gdzie przypomina się, że w związku ze zbliżającym się referendum ludowym przewidziane jest „użycie tu i ówdzie (gdzie jest liczny aktyw) partyzantki cywilnej”. Na tej samej naradzie zaleco­no, by grupy operacyjne bezpieczeństwa „używały (…) ubrań cywilnych”. Oraz położono „ponowny nacisk na rozdawnictwo broni dla ORMO i aktywu” (PPR – przypis KK). Omówiono zagadnienie tzw. giętkich operacji, przystosowa­nych do charakteru zadań.

Organ do koordynowania walki z podziemiem zbrojnym, zwany Państwo­wą Komisją Bezpieczeństwa, w której zasiadali zarówno dowódcy ówczesne­go WP, jak i najwyżsi dygnitarze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, nakazał i uważał za podstawowy w okresie przedwyborczym (przed referen­dum – przyp. KK) „posługiwanie się grupami bojowymi w ubraniach cywil­nych” i polecił, aby te akcje były „ściśle koordynowane z oddziałami umundu­rowanymi w celu uniknięcia nieporozumień”.

W ostatnim czasie, przy okazji badań nad zbrodniami władz komunistycz­nych na Śląsku, wyszło na jaw, że grupy specjalne, świetnie wyszkolone, skła­dające się zarówno z pracowników służby bezpieczeństwa, jak i milicji, dzia­łały co najmniej do końca lat 80. Jej członkowie specjalizowali się w prowokacjach politycznych. Dowódca tej grupy na obszar Śląska, Stani­sław P. od kilku lat nie żyje. W listopadzie 1993 roku, w tajemniczych okolicz­nościach, zamordowana została wdowa po Stanisławie P.

Humer twierdzi, że w Kielcach był, by nadzorować przebieg tzw. referen­dum ludowego, a nie umiał czy nie chciał wyjaśnić dlaczego został do pogro­mu i po pogromie. Należy domniemywać, że zmobilizowane na referendum, poprzedzające tylko o kilka dni pogrom, tajne grupy bojowe w ubraniach cy­wilnych mogły uczestniczyć w pogromie. W jednym z meldunków jest powie­dziane, że każdy pułk ówczesnego WP posiadał takie grupy, a więc miał je IV pułk piechoty i oddziały II Dywizji WP stacjonujące w Kielcach. Ich umundu­rowani koledzy działali w pogromie jawnie, nie można więc sobie wyobrazić, by nie użyto bojówek tajnych, a może właśnie na nich cały plan się opierał.

Badacze działalności „band pozorowanych” w latach 1944-1947, jak Leszek Żebrowski, wywodzą je oraz rodowody ich komendantów z GL-AL. „(…) grupy gwardzistowskie ­wywodzące się często z przedwojennych środowisk krymi­nalnych (złodziejskich), uprawiały pospolity bandytyzm, głównie we dworach i zamożniejszych gospodarstwach chłopskich, rabując dosłownie wszystko co im wpadło w ręce.” Tenże Żebrowski cytuje znaleziony przez siebie, w Archi­wum Akt Nowych, dokument, w którym sowiecki oficer zrzucony za front w celu zorganizowania partyzantki komunistycznej i przyjęty przez oddział AL Stefana Szymańskiego „Górala” oraz oddział Jana Byka vel Czesława Boreckiego „Brzo­zy”, raportuje o niezdolności tych oddziałów do walki.

Oddział „Górala”, nim podporządkował się AL, był oddziałem bandyckim, którym wiele wiadomo. Jego żołnierzem był Edmund Kwasek, oficer UB, a potem MBP, należący do grupy Humera, sądzony w ostatnim okresie. Do­szedł tak wysoko, że w 1950 roku otrzymał zadanie – jak to określono – prze­świetlenia przeszłości obozowej Józefa Cyrankiewicza.

Rosjanin charakteryzuje oddział „Górala” i „Brzozy” jako grupy zajmujące się grabieżą majątków, a niekiedy po prostu ludności. Tym niemniej oddział uważał się za oddział AL podlegający PPR (podkr. – KK), ale swoimi napadami na majątki i ludność zyskiwał niedobrą sławę, kompromitując organizację PPR. Jestem w posiadaniu szczegółowych informacji na temat zbrodni dokonanej przez oddział Jana Byka vel Czesława Boreckiego „Brzozy” we wsi Grzegorzowice pomiędzy Kielcami a Ostrow­cem. Dwaj uzbrojeni mężczyźni zaczęli rabować dwór w Grzegorzowicach. Żona właściciela, nieobecnego tego dnia w majątku, zapytała przezornie czy nie są przypadkiem z Armii Ludowej. Oni zaprzeczyli i powstała tego rodzaju sytuacja: rabusie podający się za komunistów, tym razem podali się za bandy­tów. Właścicielka majątku wezwała ochronę majątku, która zlikwidowała obu bandytów. W zemście za to Czesław Borecki-Brzoza, przy współudziale do­wódcy sowieckiej razwietki „Saszki” wymordował wszystkich mieszkańców dworu, w tym kobietę w ciąży i dziecko.

Na Kielecczyźnie uważa się, że bandy pozorowane tworzone były i dowodzone przez byłych partyzantów GL i AL. Jak podaje Żebrowski, grupy pseudopartyzanckie tworzone były aż w czterech instytucjach: UBP, KBW, WP i PPR.

„Oddziały pozorowane” na Lubelszczyźnie z niezwykłą gwałtownością i za­ciekłością mordowały osoby niewygodne reżimowi, pozorując, że są oddziałami WiN. Na czele tych oddziałów, jak pisze Marcin Zaborski w „Gazecie Polskiej” z dnia 15.09.1994 roku, stali dwaj 21 -letni majorowie Ludowego WP obaj w czasie okupacji splamieni mordowaniem ukrywających się żydów, jak na przy­kład w miejscowości Ludmiłówka.

Działaniu tych grup towarzyszyła zawsze, dokładnie z nią zestrojona zsynchronizowana, kampania prasowa. W niektórych wypadkach, oddziałami pozorowanymi posługiwano się dla likwidacji niewygodnych działaczy PPR lub funkcjonariuszy ORMO i UB. Wiele wskazuje, że potężnie rozbu­dowane tego typu oddziały w południowo-wschodniej części Polski – tam były ucharakteryzowane na oddziały „banderowskie” – zamordowały gene­rała Karola Waltera-Świerczewskiego. Zorganizowano nieco później nawet fikcyjne przywództwo OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów). Ta siatka została potem zdekonspirowana fikcyjnie przez organa bezpieczeń­stwa, co przedstawiono jako wielkie ich zwycięstwo, a ich dowódca ps. „Ze­non” popełnił fikcyjne samobójstwo.          *

Jak podaje generał dywizji Władysław Pożoga w rozmowie z Henrykiem Pie­cuchem (Warszawa, 1987, strona 40-42) „(…) grupy podszywające się pod od­działy partyzantów antykomunistycznych trzeba było przygotować psychicznie i fizycznie oraz wyposażyć w sprzęt i umundurowanie jakim posługiwał się prze­ciwnik. Z tym był najmniejszy kłopot.”

Generał ilustruje to przykładem, że magazyny urzędów wojewódzkich UB „pełne były trofeów zdobytych na rozbitych grupach UPA”. Najciekawszym frag­mentem tej wypowiedzi jest, że zawsze znajdowało się w WUBP kilka osób „nadających się do takiej wyprawy (pozorowania sił antykomunistycznych- przyp. KK) kilka dalszych ściągnięto od sąsiadów”.

Generał Pożoga przyznaje więc, że pozorowane grupy partyzanckie bywały grupami mieszanymi o składzie polsko-radzieckim. Jak pisze Eugeniusz Misiło „wszystko to rodzi pytanie o autentyczność wielu akcji przypisywanych podziemiu po 1945 roku”.

Wracając do zagadnień kostiumologicznych, ważną relację przedstawia w książce „Łagier Jaworzno” (Edition Spotkania) „Nadzorujący z ramienia Mi­nisterstwa Bezpieczeństwa Publicznego obóz koncentracyjny dla polskiej mło­dzieży, Ryszard Z. opowiada: „rozpuszczano wiadomości, że w obozie są ban­dyci lub młodzież z Hitlerjugend”.

„Brało się – relacjonuje Ryszard Z. – towarzyszy partyjnych z Jaworzna bądź okolic, głównie ORMO-wców, żeby ”wspierali” nasz transport. Rzuca­nie kamieniami wpisane było w scenariusz, podobnie jak różnorakie wyzwi­ska pod adresem więźniów.”

Adam Zieliński, odpowiedzialny za jeden z transportów, tak pisze w swoim raporcie: „Wzdłuż toru kolejowego stacji Jaworzno-Szczakowa, rozstawieni byli nasi ludzie i kamieniami rzucali w stojące na bocznicy wagony z więźniami. Krzyczeli, jak im na odprawie nakazano: «Zabić zbro­dniarzy!», «Naród polski ma dość siły by was ukarać!». Po około 15 minu­tach, o godzinie 8.45, odwołaliśmy ich, przerzucając na odcinek 3 kilome­tra, by tam udawali wieśniaków robiących w polu. Poszturchiwali przechodzącą kolumnę grabiami, kijami od wideł (…) Żadnych ekscesów ze strony więźniów nie zanotowano (…) Sierżant Męcywiak wypłacił je­denastu zgromadzonym funkcjonariuszom ORMO po 25 złotych za udział w akcji, za pokwitowaniem, i po puszce słoniny z UNRY. Czas wykorzy­stania towarzyszy: dwie godziny.”

Więc jeszcze pięć lat później komuniści znajdujący się u pełni władzy po­sługiwali się dalej tą metodą. Dzięki temu jednak mamy cenne przykłady tego typu działania, gdyż łagier Jaworzno nie podlegał – i dalej nie podlega – tak głębokiemu utajnieniu jak pogrom kielecki, którego akta operacyjne spalono w Kielcach w 1988 roku.

Mimo zakończenia referendum, została w Kielcach grupa pracowników MBP, która – mówiąc ówczesnym językiem – „zabezpieczała je”. W przed­dzień pogromu i rano w dniu pogromu, przybyły nowe grupy funkcjonariuszy MBP i Informacji WP. Część w mundurach stała wśród gapiów i wznosiła okrzyki antysemickie, zachęcając otoczenie do ich podchwytywania. Inni wy­stępowali w cywilu, też wmieszani w tłum. Wiadomo o co najmniej dwu ko­bietach przybyłych z Warszawy. Jedna prowokowała na mostku na ulicy Sien­kiewicza – między innymi fryzjera Tadeusza Szczęśniaka, co zakończyło się jego aresztowaniem. Druga złożyła wniosek w Urzędzie do spraw Kombatan­tów, występując o prawa kombatanckie, wśród swoich zasług podała „pracę operacyjną w czasie pogromu w Kielcach”. Przypuszcza się, że odgrywała ona rolę jednej z „rozhisteryzowanych kobiet”. Osobni funkcjonariusze wmieszali się w zgromadzenie gapiów, zaopatrzeni w kredę. Nieznacznie robili oni znaki na plecach osób przyglądających się pogromowi, natomiast inni funkcjonariu­sze penetrowali zgromadzenie, wyłapując oznaczone kredą osoby i prowadząc je do aresztu WUBP.

Andersowcy

Początkowo, wśród wielu wersji kogo obciążyć winą za pogrom – jaką grupę socjalną czy siłę polityczną- brano pod uwagę tzw. Andersowców czyli Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie. Ślad tych koncepcji znajdujemy w ówczesnej propa­gandzie, gdzie wręcz się pisze, że mordu dokonali bądź tylko „Andersowcy”, bądź wspólnie z innymi siłami, jak np. duchowieństwo i harcerze. Ogłoszono, że gen. Władysław Anders wydał wyrok śmierci na wszystkich żydów i że pierw­szą realizacją tego wyroku było zabicie przez żołnierzy polskich z Zachodu ży­dów – domniemanie – kieleckich.

Ważniejsze ślady tego postanowienia znaleźliśmy badając sprawę pogromu. Udało nam się ustalić aż trzy nazwiska osób związanych z nowym reżimem, które wmieszały się w tłum ubrane w battle-dressy brytyjskie, jakie nosili żołnierze II Korpusu. Nazwiska te są w naszej dyspozycji na żądanie, ponieważ tych ludzi nie można obciążyć zarzutem zbrodni, ponieważ stały one lub kręciły się wśród gapiów, przeważnie wzdłuż ulicy Sienkiewicza. Spełniali oni podwój­ną rolę: potwierdzali swoimi mundurami udział „sił andersowskich” zarazem obserwowali gapiów. Ponieważ to z gapiów formowano grupę osób, z których z kolei mieli być wybrani przyszli oskarżeni. Poza bowiem kluczem zawodowo- pochodzeniowym oskarżonych potem i zamordowanych niewinnych krwi ży­dowskiej ludzi, wybierano z gapiów skrzętnie omijając tych wszystkich, którzy znajdowali się zbyt blisko teatru wydarzeń. Próbowaliśmy na mapę miasta Kiel­ce nanieść punkty, w których te osoby torturowane, a później oskarżone, zostały aresztowane. W dwóch wypadkach to się nie udało, Biskupska – jedyna kobieta oskarżona w procesie – biegała wszędzie i rzeczywiście wznosiła antysemickie okrzyki, ponieważ tego ranka zaginął jej pasierb. Jej mąż był członkiem PPR natomiast hasła poddawała jej grupa mężczyzn poruszająca się za nią.

Pozostaje jeszcze pytanie czy była agentką UB i czy zniknięcie pasierba było dla niej niespodzianką, która dla żony miejscowego komunisty mogła znaczyć jedno, że porwali go żydzi.

Andersowcy byli to: syn wysokiego dygnitarza UB z Kielc, nastolatek – choć wtedy takiego określenia nie było – prawdopodobnie skierowany tam przez ojca, drugim andersowcem był strażnik więzienny, więzienia podlegają­cego UB w Kielcach. Po zdobyciu więzienia przez „Szarego” uznano, że zało­ga więzienia broniła się zbyt mało energicznie i całą wymieniono na bardziej zaufanych towarzyszy. Trzecim ustalonym przez nas andersowcem był porucz­nik Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach, który prawdopodobnie działał w tan­demie z nieznaną w Kielcach kobietą, która kręciła się wśród tłumu gapiów wzdłuż ulicy Sienkiewicza i wypytywała ich, na przykład, o to jak głosowali w referendum. Gdy fryzjer Tadeusz Szczęśniak nagabywany przez nią jak gło­sował w referendum odpowiedział, że to jego sprawa, dla niej to było jedno­znaczne, że głosował niewłaściwie, przeciw rządowi warszawskiemu. Wystar­czyło, że powiedziała to głośno, a andersowiec stojący w pobliżu wziął owego fryzjera pod ramię i zaprowadził do budynku WUPB w Kielcach. Relację cu­dem ocalałego Szczęśniaka podajemy w dalszej części.

W jaki sposób kostiumolodzy z WUBP zdobyli mundury brytyjskie? Funk­cjonariusze mogli je nosić jako codzienny strój nie chcąc by identyfikowano ich jako pracowników z UB. Żołnierze II Korpusu WP wracający z Zachodu, jeśli byli zatrzymani lub aresztowani, otrzymywali więzienne sorty lub gdy ich nie było, stare i zużyte ubrania, co do których aresztowani podejrzewali, że były to ubrania poprzednio zamordowanych więźniów. Ich rzeczy mogły iść do magazynów ubrań UB. Na bazarze w Kielcach sprzedawano battłe-dressy, które zaczynały być modne wśród młodzieży. Zdarzały się jednak wypadki, że jak w przypadku fryzjera Szczęśniaka, który idealnie pasował do roli winnego w pogromie (nie tylko był rzemieślnikiem, a więc należał do grupy wyklętej przez komunistów, ale także wrócił z Zachodu), początkowo chodził w battle- dressie. Jednak drażniło to funkcjonariuszy UB, których spotykał na ulicy. Podobnie jak w stanie wojennym wtrącali się oni do sposobu ubierania się przechodniów, rekwirując np. orzełki z koroną w klapach lub miniaturki przedwojennych odznaczeń. Szczęśniakowi battle-dressu nie odebrano, tylko funkcjonariusze UB obcięli mu wszystkie guziki, wobec czego przebrał się w strój cywilny. W ostatecznym rachunku była to okoliczność sprzyjająca Szczę­śniakowi. Gdyby nie nadgorliwość funkcjonariuszy UB, byłby on wyprowa­dzony z ulicy Sienkiewicza na ulicę Focha w mundurze andersowskim, co zdwoiłoby ciężar oskarżeń jakie mu postawiono i niechybnie doprowadziłoby go do śmierci. W tym mundurze stałby się na ławie oskarżonych postacią nu­mer jeden i nie udałoby mu się ujść – jako jednej z trzech osób, na których kary śmierci nie wykonano. O czym dalej.

Wersja pierwsza

Tadeusz Bartoszyński, 42-letni rolnik ze wsi Bielaki, leżącej o 28 km na północny-zachód od Kielc, rzekomo zapewniał, że Henio Błaszczyk przyszedł do niego w poniedziałek wieczór (1 .VII.). Jak twierdzi Bartoszyński, chłopiec został na noc nie u niego, a u sąsiada Packa. Wątek Packa urywa się na stwier­dzeniu Bartoszyńskiego. Ten człowiek nigdy nie został przesłuchany ani nie był świadkiem na procesie.

W czyich rękach był Henio Błaszczyk od 1 lipca? Możliwe, że był w rękach sił bezpieczeństwa. Jedynym dziennikarzem zachodnim, który twierdził, że rozmawiał z chłopcem bezpośrednio po pogromie w obecności urzędników bezpieczeństwa był p. Shneiderman. Chęciński cytuje korespondencję ww. Shneidermana. Wątpię w to i nie ufam relacji Shneidermana, całkowicie uzależnionej od UB. Henryk Błaszczyk nie pamięta takiej rozmowy. Sądzę, że raczej pozwolili Shneidermanowi skorzystać z wersji, którą już mieli przygo­towaną i zapisaną.

Wersja druga

Tadeusz Bartoszyński zabrał go do Bielaków i tam kazał mu oskarżać ży­dów. Mało: Henio, rzekomo twierdził, że w domu Bartoszyńskiego, gdzie spędził tę noc (a nie u Packa) zgromadziło się kilkanaście osób, które nie mówiły po polsku. Gdzie więc nocował Henio i ile nocy? Co robił przez te dni? Kto go przywiózł i odwiózł z Bielaków, jeśli tam się znajdował? Kim były owe – kilka (kilkanaście według innej wersji) – osoby, które rzekomo zgromadzone były u Bartoszyńskiego? Tadeusz Bartoszyński, który nie wia­domo czy w ogóle widział w tych dniach na oczy małego Henia – może właśnie dlatego potem przez pół roku był izolowany w lochach UB. Jedy­nym elementem prawdopodobieństwa, o który zadbano lansując tę wersję, było to, że rodzina Błaszczyków w czasie okupacji hitlerowskiej mieszkała w domu Bartoszyńskiego.

Wersja trzecia

Henryk Błaszczyk był przetrzymywany na miejscu, w Kielcach i instruo­wany przez Antoniego Pasowskiego, sąsiada. Pasowski dawał mu cukierki i uczył legendy, którą ma opowiadać i zeznawać przed rodziną (!) i przed milicją. Wersję tę podaje w telefonogramie do mjr Julii Brystygier, przybyły do Kielc na czas pogromu, kpt MBP Herrer. Tylko w tym pierwszym rapor­cie nadanym w dniu 4 lipca o godzinie 22.15, wspominano o „niejakim” (!) Pasowskim, a nawet dodano, że „dotąd jest nie ujęty” – jak gdyby się ukry­wał. W następnym raporcie podana jest tylko wersja pobytu na wsi. Znika Pasowski na dłuższy czas jako instruktor uczący Henia co ma mówić. Po jakimś czasie powraca, ale już pod innym nazwiskiem w raporcie Różań­skiego, jako Pawski – taka osoba byłaby nie do odnalezienia, czyli niknie, rozpływa się w stosach akt.

Pułkownik Adam Kornecki, vel Dawid Kornhauser, który przez czas, gdy Sobczyński przygotowywał pogrom w Rzeszowie i tam był szefem WUBP – kierował WUBP kieleckim, został w dzień po pogromie przysłany ponownie do Kielc przez min. Stanisława Radkiewicza.

Uruchomienie agentury

Jak dotąd największe zasługi dla wyświetlenia przyczyn i przebiegu pogro­mu poniósł Michael Chęciński (vel Michał Chęciński), były major Informacji Wojskowej PRL, zwolniony w ramach tzw. odżydzania tych służb w latach 60. Później został zmuszony czy tylko zachęcony do emigracji. Człowiek ten nie tylko doznał na własnej skórze obłędu antysemickiego komunistów, ale także jako oficer służb specjalnych był wtajemniczony w mechanizmy ich działania. Miał rozległe znajomości, które pozwoliły mu po wyjeździe na Zachód – mie­szka obecnie w Niemczech – ustalić adresy szeregu osób, które będąc żydami pracowały w PUBP, WUBP i MUBP w Kielcach w okresie przygotowań do pogromu, w czasie jego trwania i okresie następującym bezpośrednio po po­gromie. Historyczną wagę zeznań zdobytych przez Chęcińskiego w różnych miejscach świata, trudno przecenić. Pisze on:

„(…) 25 lat później podjąłem prace zmierzające do wyjaśnienia kilku bar­dziej niejasnych aspektów pogromu. Pomagali mi zarówno ludzie, którzy w latach 1945-1946 piastowali różne funkcje w administracji, jak i naoczni świadkowie. Analizowałem oficjalne raporty i sprawozdania sądowe szukając sprzeczności i kłamstw.”

Chęciński odnalazł Etę Lewkowicz-Ajzenman, która w czasie pogromu była szefem Sekretariatu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach.

Pierwsze, najważniejsze pytanie, na które nie dano odpowiedzi brzmi: „Je­śli 8-letni Henryk Błaszczyk nie został porwany, gdzie przebywał przez dwa dni?” W angielskim tekście Chęciński trafnie określa, że to co stało się z ośmioletnim podówczas Henrykiem Błaszczykiem było kidnapigiem, zara­zem jednak wątpi czy do kidnapingu doszło.

Chęciński podaje, że Adama Korneckiego vel Dawida Kornhausera włą­czono do specjalnej komisji badającej działalność miejscowej siatki tajnych współpracowników, „zarówno przed jak i po zamieszkach”. Wyjaśnienia te zwracają naszą uwagę na dom przy ulicy Piotrkowskiej, w którym sąsiadowali rzekomo poszukiwany Antoni Pasowski i Walenty Błaszczyk z żoną i dwoma synami – z poprzedniego małżeństwa starszym, Andrzejem, pracownikiem Stowarzyszenia Huty Ludwików, o którego ważnej roli będziemy mówili, oraz 8-letnim Henrykiem. Między Pasowskim i Błaszczykiem istniała nie tylko więź sąsiedzka. Obaj byli tajnymi współpracownikami WUBP w Kielcach. Walen­ty Błaszczyk, ojciec Henia był informatorem WUBP pod pseudonimem „Prze­lot”. Miał za zadanie – do okresu przed pogromem – infiltrować miejscową prawicową organizację podziemną NSZ (Narodowe Siły Zbrojne – przyp. KK).

Umarly cmentarz

Wersję czwartą podał pułkownik Kornecki-Kornhauser. Twierdził on, że chło­piec faktycznie został uprowadzony przez własnego ojca (podkr. KK) na rozkaz NSZ.

Należało to do przygotowywanej przez propagandę wersji, że pogromu do­konały Narodowe Siły Zbrojne. Walenty Błaszczyk był członkiem NSZ, w czasach gdy mieszkał w czasie wojny we wsi Bielaki. Jego syn Henryk w rozmowie ze mną w roku 1991 zaprzeczył jakoby jego ojciec był członkiem NSZ. Przyznał tylko pośrednio, że był związany z jakąś grupą podziemną, bo w czasie wojny, jako szewc, „tylko reperował wysokie buty”.

Obecność w czasie pogromu jednego ze stałych „świadków wydarzeń”, członka Brygady Świętokrzyskiej, który opuścił wraz z Niemieckimi Siłami Zbrojnymi Polskę, a potem wrócił do niej bez konsekwencji wskazuje, że być może i on był tajnym współpracownikiem UB, co dawało mu aż tyle pewności siebie, że jak sam twierdził – stał pod domem przy ulicy Planty wraz z funkcjonariuszami UB, MO i wojskowymi. Nie wiedział on jednak i pewnie do dziś nie wie, że wraz z Błaszczykiem, Pasowskim i innymi szykowany był na kozła ofiarnego, bo to oni, w wypadku przyjęcia wersji, że zbrodni dokonał NSZ – stanęliby przed sądem. Jak się przekonamy, skończyło się tak, że Pasowski, mimo ogromnej roli jaką odegrał w tej sprawie, nie był ani oskarżony, ani nawet przesłuchiwany, a Walenty Błaszczyk wszedłszy na salę sądową zaniemówił. To właśnie odpowiadało prokuratorowi i sądowi, który zwolnił go od zeznań, choć powinni go na sali aresztować, przedtem uzyskując jego oświadczenie, że odmawia on zeznań.

Nieżyjąca już Stanisława H., która na rozkaz WiN należała do osób badają­cych przyczyny, przebieg i skutki pogromu, opowiadała mi we wrześniu 1946 roku, a potem potwierdzała to kilkakrotnie w latach 70. i 80., że wraz z grupą badaczy ustaliła: 1) robotnicy z PPR i ORMO z fabryki SHL wyszli zainspiro­wani przez kłamliwą plotkę przekazaną na oficjalnej masówce przez byłego członka NSZ, a w owym czasie konfidenta UB. Otrzymał on rozkaz WUBP by opowiedzieć o przelewaniu w domu na ulicy Planty krwi dzieci chrześcijań­skich. 2) inwazji gmachu dokonali uzbrojeni funkcjonariusze różnych służb. Żydzi byli uzbrojeni i bronili się; w wyniku walk zginęło kilku żydów i dwóch funkcjonariuszy UB. 3) jeden z prokuratorów, któremu zlecono asystować przy obdukcji pomordowanych żydów, na widok zmasakrowanych ciał popełnił samobójstwo Jednak możliwe jest, że w czasie obdukcji czy w czasie pisania protokołu doszło do sporu na tle śmiertelnych ran zadanych żydom. Prawie wszyscy zostali zastrzeleni lub zakłuci bagnetami, co stwierdził ów prokura­tor. W ostateczności przyjęto wersję, że zbrodni dokonali zwykli mieszkańcy Kielc, a prokurator stracił życie. Mógł zostać zabity, mógł wobec sfałszowania protokołu zaprotestować samobójstwem.

W raporcie WiN znajdującym się dziś w archiwach Studium Polski Podziem­nej w Londynie, Kol. 19 teka 37g, nie wykorzystano tych danych. Raport li­czący 4 strony jest bardzo zwięzły i ogólnikowy.

Zaprzepaszczono w nim dane, które zebrali członkowie WiN w Kielcach. W jakiej mierze na treść raportu miała wpływ agentura UB już umiejscowiona w Komendzie Głównej WiN – nie sposób ustalić. W raporcie tym jest jednak ślad rozmów przeprowadzonych z żydami kieleckimi po pogromie. Jeden z nich stwierdził, że „wyjechał przed pogromem z Kielc w przewidywaniu antyży­dowskich zaburzeń”. Ów żyd, informator WiN dodał, że „do antyżydowskich zaburzeń zmierzała prowokacyjna polityka prowadzona przez kieleckie UB obsadzona zresztą przez umiejętnie dobranych żydów.”

 Wersja czwarta

Ostatecznie ją wybrano i jej konstrukcja nie tyle miała znaczenie dla groma­dzenia tzw. motłochu, czyli tłumu gapiów, ile dlatego, by później ją cytować jako plotkę rzekomo rozpowszechnianą przez WiN, NSZ, księży, harcerzy i rze­mieślników dla „zmobilizowania mas”. Ta wersja idealnie pasowała do prowa­dzonej po pogromie propagandy i choć zgromadzenie gapiów było rzeczą waż­ną ważniejsza była spójność przygotowywanej akcji propagandowej.

W rzeczywistości bowiem plotkę o rabowaniu krwi dzieci chrześcijańskich i doprowadzaniu ich do śmierci przez żydów głosił wszem i wobec kto inny. Zaczęło się to w sposób następujący: po godzinie ósmej rano dnia 4 lipca na komisariat I MO przy ulicy Sienkiewicza zgłosiła się następująca grupa osób – jak wiemy już, wśród których przeważali agenci UB – Walenty Błaszczyk, ojciec Henryka, Henryk Błaszczyk, Antoni Pasowski oraz jego szwagier Dygnarowicz. Obecność Dygnarowicza wskazuje na to, że zmowa w przygoto­waniu małego Błaszczyka do głoszenia gdzie był i jak spędził 3 dni swojej nieobecności w domu, czyli okres między wieczorem 1 a 3 lipca, miała cha­rakter sąsiedzki, rodzinny i agenturalny.

W chwili, gdy piszę te słowa prokurator Głównej Komisji do Badania Zbro­dni Przeciwko Narodowi Polskiemu, która wszczęła powtórne śledztwo w spra­wie zbrodni w Kielcach – poczytuję sobie za zaszczyt, że ja na łamach różnych pism od 1991 roku żądałem tego i nawoływałem do zbadania sprawy, która dotąd de facto nigdy nie była badana – prokurator nie miał odpowiedzi kto nauczył Pasowskiego, Błaszczyka i Dygnarowicza-późniejszych korepetyto­rów chłopca, wersji, którą oni kazali mu kuć na pamięć. Są różne poszlaki i podejrzenia. Czy była to osoba, która prowadziła „Przelota”, czy był to ktoś wyżej postawiony jak sam Sobczyński lub Kornecki, który mógł po przygoto­waniu akcji, dla odwrócenia od siebie uwagi, zniknąć z Kielc. Kornecki, gdy opowiada Chęcińskiemu o wydarzeniach pogromu wydaje się zbyt dobrze zo­rientowany w niuansach i drobnych szczegółach.

Wersja czwarta „A”

W raporcie pisanym 23 sierpnia 1946 roku przez Naczelnika Wydziału MBP, majora Siedleckiego mówi się, że w dniu 1 lipca chłopiec samowolnie wydalił się z domu o czym zameldowano milicji (według innych wersji dopiero po jego powrocie 3 lipca wieczorem). (…) „Po powrocie zmyślił, że był zatrzy­many przez jakieś dwie osoby, pod pozorem odniesienia paczki. Obecni przy rozmowie z chłopcem, właściciel kamienicy Pawski (tak zmienione nazwisko Pasowskiego – przyp. KK) i jego krewny Dygnarowicz sugerowali dziecku, że to byli z pewnością żydzi, a także domagali się oni zawiadomienia o tym MO.

Wszedłszy na komisariat, trzej mężczyźni i dziecko, oznajmili, że chcą zło­żyć doniesienie o przestępstwie. Według tego co udało się ustalić, chłopiec jednak milczał, a za niego mówił ojciec, Pasowski i Dygnarowicz. Pierwszego lipca pod wieczór Henryk Błaszczyk miał być rzekomo zaczepiony na ulicy przez osobnika wyglądającego na żyda, który poprosił go o doręczenie paczki do domu przy ulicy Planty 7. Chłopiec zgodził się, a ów żyd wręczył mu pacz­kę. Gdy chłopiec znalazł się z paczką w budynku chwycono go i siłą zaprowa­dzono do piwnicy, gdzie były więzione inne dzieci polskie. Chłopiec twierdził – co przekazywali milicjantom trzej mężczyźni – że w piwnicy zdołano już zamordować 11 polskich dzieci, z których wytoczono krew. I tu następuje roz­widlenie się wersji. Jedna miała rzekomo poruszyć tzw. motłoch, czyli że krew została pobrana jako rytualny dodatek do wypieku mac oraz druga, która – zdaniem prowokatorów – mogła rzekomo trafić do przekonania warstw oświe­conych, a nastawionych antykomunistycznie, jak inteligencja polska, księża, harcerze, działacze podziemia, szatańska wersja, która rzecz jasna do nikogo tego dnia nie zdążyła dotrzeć, kto wie czy nie miała oparcia w faktach. W niewiarygodnym okrucieństwie komunistów w tej wstępnej fazie przechwy­tywania władzy ranni w walkach z oddziałami podziemia funkcjonariusze, a więc Polacy, Rosjanie i Żydzi, mogli korzystać z krwi przemocą wytaczanej więźniom podejrzanym o udział w „bandach”. Tym, którzy pogrom organizo­wali chodziło o to, by jeszcze przez pewien czas – czas przebiegu pogromu lub jeszcze jeden dzień, dwa, mieć wolną rękę w wyborze kogo oskarżyć o pogrom. Być może chodziło o skonsultowanie się z Moskwą z tym kto wydał decyzję o konieczności przeprowadzenia pogromu – a sądząc po ujawnionych doku­mentach Biura Politycznego KC WKP(b) (decyzja o wymordowaniu polskich oficerów będących w niewoli radzieckiej w 1940 roku) jak i obecność raportu o pogromie Żydów w Krakowie w osobistej teczce Stalina oraz dokładność tego raportu pozwala mi wysunąć hipotezę, że wydarzenie przygotowane przez tajne służby było tak wielkiej wagi i rangi, że decyzję w tej sprawie rezerwo­wał sobie Stalin.

Po 8.30, ale nie później niż o 9 rano, z komisariatu nr 1 wyruszyła grupa składająca się z dziecka, trzech mężczyzn, którzy złożyli doniesienie i z umun­durowanych oraz wywiadowców. Każdy z raportów, który podaje liczbę funk­cjonariuszy, umieszcza inne liczby. Raz umundurowanych milicjantów jest trzech, a wywiadowców dziewięciu, w innym wypadku, na ośmiu umunduro­wanych przypada sześciu cywilnych funkcjonariuszy. Uderza tu – czy było ich dwunastu, czy czternastu – duża liczebność patrolu. Na ogół na podobne we­zwanie, w tym wypadku jeszcze nieprawdopodobne, choć milicjanci w nie uwierzyli lub mieli rozkaz udawać, że uwierzyli – kierowano dwóch lub trzech pracowników milicji. Dziwnym wydaje się też obecność, jakby już gotowego do akcji, patrolu w tak dużej liczbie. Według moich badań, na komisariatach znajdował się dyżurny i dwóch do pięciu funkcjonariuszy przeznaczonych do interwencji. Jednak z raportu Różańskiego wynika, że cała ta grupa była tak liczna, ponieważ była to także nocna zmiana dyżurujących funkcjonariuszy, którzy jakby po skończonej pracy nie zostali zwolnieni do domów, tylko cze­kali na nowe rozkazy. Szczególne światło na sytuację w tym najważniejszym w Kielcach I Komisariacie MO rzuca fakt, że jego komendant, sierżant Ed­mund Zagórski został mianowany na to stanowisko dokładnie miesiąc przed pogromem, a natychmiast po tym gdy został wypuszczony z aresztu. Był on bowiem funkcjonariuszem MO w Busku-Zdroju, aresztowany, przetrzymywa­ny w więzieniu i awansowany 3 czerwca 1946 r. na stanowisko, na którym odegrał kluczową rolę w pogromie. Z chwilą wyruszenia tej grupy prawie dwu­dziestu mężczyzn, możemy powiedzieć, że akcja „pogrom” – do dziś dnia nie znamy jej kryptonimu – ruszyła i wypadki stały się nieodwracalne. Mężczyźni szli w dość zwartej grupie główną ulicą Kielc – Sienkiewicza – ku ulicy Plan­ty, zatrzymując przechodniów i ogłaszając wszem i wobec, na podobieństwo heroldów, że ten oto chłopczyk, który znajduje się wśród nich uciekł z niewoli żydowskiej, gdzie jego krew miała być wytoczona na macę, a jedenaścioro innych dzieci zostało zamordowanych, przez wytoczenie im całej krwi.

Powoli posuwający się pochód sam też zatrzymywał się, chcąc spowodo­wać, by jak największa grupa osób szła za patrolem w kierunku domu żydow­skiego. W ten sposób funkcjonariusze milicji chcieli zgromadzić niezbędny tłum, „motłoch”. Przechodnie widząc, że milicja nie tylko zwraca się do nich w normalny sposób, bez gróźb, ale zachęca do pójścia ze sobą i pociąga ku domowi żydowskiemu, szli zaskoczeni i zaciekawieni. W owych czasach bo­wiem, gromadzenie się nawet grupy trzech do pięciu osób powodowało legity­mowanie, rewizję osobistą w bramie lub zatrzymanie. Tworzenie zgromadzeń było karane i to bardzo wysokimi karami. Tylko oficjalne wiece miały, za spe­cjalnym zezwoleniem, ale też pod specjalnymi rozkazami, prawo gromadzić „motłoch” związkowy lub partyjny.

Uderzające jest, że Pasowski, Dygnarowicz i Błaszczyk już dnia 3 lipca wieczorem usiłowali złożyć meldunek o straszliwym mordzie na dzieciach polskich. Jednak nie wysłuchano ich i kazano im przyjść na drugi dzień rano. Na skutek jakiejś pomyłki czy nie skoordynowania działań przyszli oni za wcześnie, bowiem pogrom był przygotowany na okres dnia a nie nocy, i na właśnie ten wybrany dzień. Możliwe jest, że jest to ślad jakiejś pierwotnej koncepcji, że żydzi mieli być wymordowani pod osłoną nocy, bez świadków, a potem zrzucono by zbrodnię na oddział partyzancki NSZ lub WiN. Jeśli chodzi o liczbę zamordowanych rzekomo przez żydów dzieci, co rozgłaszali na ulicy milicjanci, to w późniejszych raportach maleje ona nieustannie a do najmniejszej liczby – jednego dziecka. Nie jest też jasne czy dziecko to miało rzekomo nie żyć, czy był to sam Henio, który jakoby uniknął śmierci.

Wchodząc na ulicę Planty milicjanci pytali chłopca czy rozpozna żyda, który kazał mu doręczyć paczkę (według innych danych, tego któremu miał mały Bła­szczyk doręczyć paczkę). Na ulicy zobaczono żyda w kapeluszu:

  • To ten? – zapytali funkcjonariusze.
  • To ten. – odpowiedział chłopczyk.

Żydowi temu, jak się potem okazało o nazwisku Singer kazano iść w środku grupy i miał być potem na oczach gapiów odprowadzony jako zatrzymany pod zarzutem udziału w zbrodni do komisariatu nr 1 przy ulicy Sienkiewicza. Nie­szczęsny ten człowiek od razu pytał milicjantów; bo od razu wykrył motyw wcale nie polityczny ani rasistowski, który popychał tych funkcjonariuszy do ataku na żydów:

  • Chcecie pieniędzy? – To mówcie.

Ale im nie wolno było przyjąć pieniędzy i wypuścić Singera, bo miał on służyć potwierdzeniu wersji o zbrodni. Grupa funkcjonariuszy wraz z trójką: Pasowski, Błaszczyk i Dygnarowicz oraz z dzieckiem musiała siłą, przemocą wedrzeć się do budynku żydowskiego. W telefonogramie Herrera do Brystigerowej użyte jest określenie: „MO (…) wdarło się do domu”. Identyczne słowa zawiera raport WiN: „(…) około 9 rano ”oficer milicji z kilku szeregowymi wdarł się do domu gminy żydowskiej siłą, a po krótkim czasie usłyszano stam­tąd strzelaninę. Na jej odgłos część mundurowych, trzymających kordon przed domem, składająca się z funkcjonariuszy UB, MO i żołnierzy wpadła również do domu, a za nim część cywilów. Po chwili z domu wyniesiono zabitych: oficera MO i 2 milicjantów”.

Wszyscy najbardziej tendencyjnie nastawieni autorzy piszący o pogromie są zgodni co do tego, że wdarcie się grupy umundurowanych i cywilnych funkcjona­riuszy wraz z trzema mężczyznami, którzy złożyli skargę, i dzieckiem, domniema­nym świadkiem, stało się początkiem mordu.

Jak niezwykle precyzyjną, koronkową wręcz pracę wykonali przygotowują­cy pogrom – a możliwe, że przygotowania te trwały już od 1945 roku, „nieuda­nych” pogromów w Rzeszowie i Krakowie – może świadczyć fakt, że szefa kadr w SHL mianowano komendantem miejskim ORMO, przez co zdwojono jego kompetencje wobec pracowników SHL-owców, ORMO-wców, a także, że w tejże fabryce SHL zatrudniono starszego, przyrodniego brata Henia Błaszczyka, Andrzeja. Tak więc grupa głównych prowokatorów, agentów UB została umieszczo­na w jednym gnieździe, nieodległym zresztą od fabryki SHL i należało do niej aż trzech Błaszczyków: ojciec, ośmioletni syn Henryk i około dwudziestoletni syn, Andrzej i bezpośredni sąsiedzi Pasowski i Dygnarowicz.

Kontrolowali oni siebie wzajemnie i korygowali w uczeniu się przygotowa­nej wersji o wytaczaniu krwi (na macę lub na transfuzje) z dzieci polskich. Wersja z transfuzją mogła oddziałać na „uświadomioną politycznie” grupę ro­botników, wyszkolonych w dopatrywaniu się spisków i zmowy klas posiada­jących, które gotowe są „wytoczyć krew z robotników”, a w retoryce komuni­stycznej z owych lat, były przyrównywane do pluskiew. Nie trzeba było więc być aż tak bardzo ciemnym członkiem partii i ORMO by uwierzyć, że w wa­runkach bezgranicznego i niekontrolowanego terroru, kiedy człowiek zwany obywatelem był przedmiotem, własnością państwa komunistycznego, ale tak­że mogli do tegoż przekonania rościć sobie prawo poszczególni funkcjonariu­sze. Ponieważ w czasie, gdy Sobczyńskiego zabrano do Rzeszowa cała wy­ższa kadra wojewódzka, powiatowa i miejscowa UB, w decydujących punktach obsadzona była żydami, co rozpalało do czerwoności niezadowolenie czer­wonego aktywu PPR. Nawet po powrocie Sobczyńskiego i objęciu przez nie­go szefostwa WUBP poprzedni szef WUBP Andrzej Kornecki dalej urzędo­wał i dla niektórych był tym szefem WUBP, z którym się liczono. Według niepotwierdzonych danych to nie Sobczyński, ale Kornecki kierował i instru­ował siatkę trzech Błaszczyków, Pasowskiego i Dygnarowicza. Nawet dla sa­mych funkcjonariuszy MO i UB sytuacja nie była przejrzysta. Tym bardziej czekali na wyraźne sformułowanie rozkazów.

Wersję, że Kornecki vel Kornhendler (Adam Korneckie vel Dawid Kornhauser ??? – red Gazeta Warszawska) zorganizował pogrom potwierdza w całej rozciągłości Tadeusz Bednarczyk, znany pomocnik gettu warszawskie­mu i przyjaciel żydów w okresie holocaustu: „Kornhendler (w 1968 roku za­czął opluwać nas z Wiednia) … na dzień samych zaburzeń wyjechał z Kielc, dzięki czemu mógł odpowiedzialność za swoją brudną robotę zwalić na goja, mjr Sobczyńskiego”. („Życie codzienne warszawskiego getta. Warszawskie getto i ludzie. (1939-1945 i dalej)”, Warszawa, 1995 rok, strona 248).

Henio

Henryk Błaszczyk miał 53 lata kiedy przeprowadziłem z nim rozmowę. Mówiłem do niego „panie Heniu” i dalej on pozostał Heniem, ponieważ jedy­ne ważne wydarzenie, w którym uczestniczył miało miejsce gdy był dziec­kiem, a to, że grał w nim rolę zagrożonego i skrzywdzonego dziecka, nadało mu piętno na całe życie. W okresie utajnienia sprawy nikt nie wiedział, poza nim i jego najbliższymi oraz osobami zamieszanymi w przygotowanie pogro­mu, że Henio to jest Henio Błaszczyk. On sam jednak wiedział i wie, że spo­tkało go coś co jest udziałem nielicznych, że już w dzieciństwie został wcią­gnięty w tryby historii. 1 choć, jak przekonamy się, zapewniło mu to dobrobyt na całe życie, nigdy poczucie wielkiego zagrożenia nie opuszczało go.

Gdy wchodzimy do jego dwupokojowego mieszkania z kuchnią w standar­dowym bloku w jednej z socjalistycznych dzielnic mieszkaniowych Kielc oświadcza nam, że niedawno dopiero wstał z łóżka. Leżał bowiem zagipsowany od szyi do nóg przez wiele miesięcy i wiele miesięcy musiał spędzić na rekonwalescencji. Także jego żona była ranna w wypadku samochodowym.

Zapis rozmowy z Henrykiem Błaszczykiem (skrót)

H.B.: – Przepraszam, że wczoraj nie wpuściłem państwa do wewnątrz. Chwi­lowo jestem szantażowany. Nie tak żeby raz na miesiąc, tylko to się często zdarza. Przychodzą takie osoby, co ja ich nie znam po prostu. (…)N i e przedstawiają s i ę (…) No i po prostu przychodzą do mnie, dają mi pieniądze. W dolarach mi dają (…). No, to że ja dostanę pół miliona, toż za to, że ludzie zginęli to ja mam za to jeszcze brać pieniądze? No jakżesz? Jakże tak? … Przychodzą i pytają w ten sposób: „kto pierwszy strzelał do żydów? Czy żydzi strzelali pierwsi do Polaków czy Polacy do żydów?” 1 skąd ja mogę pamiętać, jak ja byłem dzieckiem ośmioletnim, dziewięciu lat nie miałem je­szcze. Skąd ja mogę pamiętać te sprawy jak ja tam w ogóle nie byłem, nie byłem prowadzony, wyprowadzony tam, ani nic, bo UB od razu ojca i mnie zatrzymali. Ojca wzięli do podziemia, a mnie wzięli do takiej łazienki, czy ubikacji i tam trzymali, nie wiem ile dni, czy trzy dni, czy cztery. (Według wiarygodnych informacji Walenty Błaszczyk, jego żona, synowie Andrzej i Henryk oraz Antoni Pasowski oraz Bartoszyński ze wsi Bielaki byli prze­trzymywani w gmachu UB około 6 miesięcy. Nie wyjaśniono im ich statusu ani podstaw zatrzymania. Nie wiedzieli czy są zatrzymani, aresztowani czy może już zaocznie skazani. Prawdopodobnie chodziło całkowite izolowanie ich od świata, by ktoś nie wyciągnął od nich informacji, które były sprzeczne z oficjalną wersją pogromu (przyp. – KK). W każdym razie byłem tam o gło­dzie… Jak mnie się chciało pić, to ja żem z sedesu wodę pił. Boja nie znałem co to znaczy sedes, ubikacja, bo to było po wojnie, ja wychowany byłem na wsi. Po prostu tam mi się chciało pić, a żem tam tę wodę pił. Nauczył mnie ten co mnie pilnował, że trzeba pociągnąć za łańcuszek, i jest woda do picia jak w źródle… Najgorsze te noce… Tam taki był, nie znam jego nazwiska, czarny, wysoki z wąsami, podobno on… był, czy czymś (po namyśle Henryk Bła­szczyk rezygnuje z określenia kim był ów czarny wysoki z wąsami – przyp. KK)… I on strasznie bił tamtych przesłuchanych i to z tej łazienki było wszy­stko słychać jak on bił, a oni jęczeli, ci ludzie tam…. Jak sprzątaczki przycho­dziły to ja wychodziłem z łazienki i do tego pokoiku wchodziłem. Za piecem był tam taki długi, długi taki… z tyłu (H.B. wycofuje się z tej opowieści i nieco zmienia jej temat – przyp. KK) I oni robili w ten sposób, bo mnie sprzątaczki mówiły, że na taboret on siadał, przesłuchiwany i na… (waha się) palcował (słowo nie wyjaśnione przez H.B. – KK) i bili go tak, to wtedy się przyznawał. Ale to był jakiś po prostu z tych, z partyzantki czy z AK czy skąd tam. To było na tle takim politycznym…

-Ale nie była to sprawa pogromu?

  • O nie, nie. Pogromu nie, proszę pana.
  • A właśnie, jak pan sądzi, dlaczego oni pana przetrzymywali w gmachu UB?
  • (Wersja uporządkowana, bezładnych słów i zdań trzykrotnych nawrotów, które w końcu układają się w jaśniejszy fragment – przyp. KK) – proszę pana, jak ja panu powiem… jeśli ojciec, jeśli by żył… bo u nas w domu… bo jak nas wypuszczali stamtąd, to nas ustawili tak rzędem, to było w zimę, tak było jakby był śnieg?
  • Byl pan tam do zimy?
  • Do zimy od lipca. Ja byłem w sandałkach, krótkich spodenkach i koszulce. Taką miałem bluzeczkę, taką cieniutką (…) I ten właśnie, ten naczelnik z Wą­sami, czarny taki, on powiedział, że jak kto piśnie słowo to zostaniemy strace­ni. Tak jak i żydzi. Tak powiedział. I mój ojciec do tej pory, to znaczy dokąd ojciec żył, to słowa w domu nie wspomniał w ogóle o tym pogromie. Nawet jak w 1980 roku dostałem od jakiegoś żyda z Warszawy, pisarza z Warszawy, nie pamiętam nazwiska, i on mówił, że jestem dorosłym mężczyzną żebym tę prawdę ujawnił jak to było, co było… Ojciec już nie żył i ja poszedłem do matki, matka żyła jeszcze, zmarła w 1982 roku. Poszedłem do matki. Matka moja miała wtedy już 84 albo więcej lat i ona mi powiedziała, żeby tego w życiu nie ujawniać, bo zginę, bo mnie UB zabije. Tak mi powiedziała. Niestety. No niestety. Aleja tam nic nie pamiętam, tam żebym tam… pamiętam, że zatrzy­many byłem, oczywiście, to pamiętam i oni nas wypuścili tak jak w lecie, nie dali do ubrania nic, wypuścili nas do domu. Ja byłem, matka tam też ze mną była, potem już jeść mi dawali. Wypuścili nas… tam do domu. Mieszkanie było po prostu zniszczone, nie było nic. Tylko szyby, że były. I tak właśnie zimą do takiego pustego mieszkania (wróciliśmy – w domyśle – przyp. KK).
  • Jak pan sądzi, dlaczego was przetrzymywali?
  • Tego proszę pana, właśnie nie wiem do tej pory. Bo to mi właśnie ojciec opowiadał, że ten pogrom żydów to on był wywołany dlatego, bo to referen­dum było w ten czas, żeby po prostu uwagę zwrócić świata na ten pogrom żydów, ale to nie tylko był w Kielcach… był jeszcze gdzieś…
  • Był w Rzeszowie i w Krakowie, był na Węgrzech. Czy pan nie sądzi, że obawiano się, że jacyś dziennikarze, np. zachodni nie nabiorą się na tę prowo­kację i panów odnajdą, ojca i pana i panowie powiedzą prawdę, choćby to że panów odizolowano w tym celu, żeby nie mógł z panami nawiązać kontaktu? Czy to jest możliwe?
  • Możliwe? No jasne, że możliwe. 1 proszę pana bo ja tak słyszałem, że ja byłem tam zaprowadzany, ja pokazywałem tam tych żydów. Żyda jakiegoś tam pokazałem.
  • Jakimi ulicami panowie szli z patrolem umundurowanej i tajnej milicji i komu opowiadaliście panowie o pana porwaniu i uwięzieniu?
  • Ja miasta nie znałem… Jakoś na wiosnę z ojcem przyjechaliśmy ze wsi (z Bielaków, w roku 1946 – przyp. KK). Ja miasta nie znałem, pociągu nie znałem, ja pociąg pierwszy raz widziałem w życiu w Kielcach. I jak ja mogłem iść w miasto i powiedzieć, że ja byłem zatrzymywany, złapany przez żydów skoro ja w ogóle nikogo nie znałem.
  • Czy pana ojciec był członkiem Narodowych Sił Zbrojnych?
  • Przyszedł Niemiec… mój ojciec to był bardzo dobry szewc i miał dużo butów oficerków i powiedzieli, że te buty robi dla partyzantów (przerywa wy­powiedź coś pomija-przyp. KK). Są na wsi takie (dalej opowiada jak Niemcy wieszali jego ojca i jeden z Niemców kazał odciąć pasek i wylał wiaderko wody na jego ojca). Czyli ja nie wiedziałem nawet co to są żydzi.
  • Czyli pan nie wiedział nawet co to są żydzi?
  • (…) Do tej pory jestem nękany. Nie znam tych ludzi w ogóle. Nie znam. Nieraz taki się przedstawi, że jakiś tam Rockefeller… wpada do mnie: „pan jest pogromcą żydów”. Ja mówię: „tak jest. Ja jestem” – mówię. „Proszę pana ja chcę wiedzieć, kto strzelał pierwszy czy Żydzi czy Polacy?” Tu Henryk Błaszczyk opi­suje w jaki sposób próbuje zbyć pytających żartami (przyp. – KK). „No ja strzela­łem z pepeszy i co? Uwierzy pan w to? Przecież ja byłem dzieckiem” – mówię. To pan mi daje te dolary, żebym ja kłamał czy żebym mówił prawdę? I wyprosiłem gościa. Dlatego kiedy panowie przyszliście ja byłem zdenerwowany. Jakbyście przeszli mi próg… to niestety, to by doszło do rękoczynów.
  • W zęby?
  • Ręką nie, bo ręka dalej mnie boli. (…) Siekiereczką bym dziabnął i koniec.
  • A teraz panie Heniu, tak pana nazywam, bo pan ciągle jako ten mały Henio występuje, choć jest pan dorosły, czy pan teraz odważy się powiedzieć tę praw­dę, którą zakazali panu mówić ojciec i matka?
  • Oczywiście, to co wiem, wiem z opowiadań ojca. Jak do tej pory na ten temat nigdy nie było rozmowy ze mną. To jeszcze komuna była. Amerykanie przychodzą do mnie bez przerwy i jakieś takie czarne ludzie, czy Araby, czyja wiem. Ja nie znam tych ludzi, panie…
  • Czy nam pan powie tą prawdą, którą… (Henio przerywa – KK)
  • … Tak, tak. (Henio zaczyna wielominutową opowieść o życiu na wsi,
  • okupacji hitlerowskiej, waha się. Opisuje wersję „Bielaki” (Osobnym zaga­dnieniem jest, podawane w różnych miejscach różne brzmienie miejscowości, w której rzekomo Henryk Błaszczyk spędził owe dni, o których mówił później, że spędził je w niewoli żydowskiej. Są trzy jej brzmienia: Pieraki, Bielaki
  • W dokumentach są tylko Bielaki. W swoim reportażu w „Kontra­stach” Sławomir J. Mac pisze, że o tej nazwie w ogóle nie znalazł miejscowo­ści na Kielecczyźnie). Jak czepiał się furmanki z tylu, jak go nie uderzył fur­man, jak chciał odwiedzić chłopców we wsi, jak potem szedł łąkami i pytał ludzi, w którą stronę iść.)
  • Proszą bardzo. Jak to naprawdę wyglądało, to pana zniknięcie, bo aż cztery, nawet piąć wersji było.
  • … i znowu furmanka była, bo samochodów nie było tak jak teraz, nie? I sze­dłem. I przyszedłem właśnie do domu, przyszedłem już na wieczór.
  • Na wieczór.
  • Ojciec ucieszył się, zacząłem płakać, więc… powiedz Adaś, gdzie byłeś, (z niewiadomych względów Henryk Błaszczyk nazywa siebie Adasiem – przyp. KK). Mówię ojcu, że byłem u Bartosińskich… Rano musimy synu iść… tyle kłopotu… musimy iść na milicję, zgłosić oczywiście (Henryk Błaszczyk na­wet teraz nie dostrzega braku sensu swojej opowieści – po co zgłaszać zaginię­cie chłopca po jego powrocie – przyp. KK). To była dziewiąta, byłem zmęczo­ny, chciało mi się spać, położyłem się.

Od tej chwili pamięć Henryka Błaszczyka przestaje funkcjonować. Na mo­mencie, kiedy położył się spać wieczorem urywa się – jak twierdzi – to co pamięta. Postępuje więc dalej jak mały chłopczyk, zgodnie z rozkazami nieży­jących już obojga rodziców. W języku prawniczym USA przed wojną zjawi­sko takie nazywało się „amnezją chicagowską”.

  • Ja to wiem, tylko z opowiadań ojca. Bo to tak dawno było, 1945 rok (!), to ja nie pamiętam. I poszliśmy tam.
  • Co to była za ulica, którą szliście?
  • Tylko ja to właśnie w ogóle do tej pory (nie orientuję się), że tutaj chodzi o ten pogrom żydów (…). A ten pogrom żydów był… był tego samego dnia?

Henryk Błaszczyk nie widzi nonsensu w tym, że to on zadaje mi pytanie, a nie ja jemu.

  • Kto zwołał tych ludzi, o to mi chodzi.
  • Nie wiadomo.
  • Wracam do tego, ojciec pana zawiadomił milicją dopiero po pana powrocie i to na drugi dzień, dlaczego?
  • .. Wie pan telefonów to nie było.
  • Ale już pan wrócił, to po co było zawiadamiać?
  • Trzeba było zawiadamiać, bo by mnie poszukiwali.
  • Czyli to było drugie zawiadomienie?
  • To było pierwsze, że ja się odnalazłem.
  • A naprawdę pierwsze kiedy było?
  • Pierwsze, jak mnie nie było w domu.
  • Którego dnia?
  • Nie wiem.
  • W milicji nie było śladu, że było pierwsze zawiadomienie, według wszystkich danych dopiero na drugi dzień po pana powrocie ojciec przyprowadził pana na milicję i powiedział „ on znikł na trzy dni i był przetrzymywany przez żydów ”.
  • No może, może, może. Ja nie mogę (odpowiadać – przyp. KK) za to co ojciec mówił. (…)
  • Więc jak to było z tą drogą, kiedy pana prowadzili do tego budynku na Plan­ty, żeby pan wskazał piwnicę, w której rzekomo był pan przechowywany?
  • Proszę pana, jeśli chodzi o tę piwnicę, to ja nie pamiętam, żebym ja był podprowadzany gdzieś. Ja tego nie pamiętam. Do tego UB jak mnie zaprowa­dzili -ja byłem dzieckiem – ja doznałem szoku, bo ojca mi zabrali, nie wie­działem, co się z nami dzieje. Oni mnie zaraz w łazience zamknęli na klucz.
  • Jest pan pod presją pogróżek, które miały miejsce ze strony UB, kiedy pana wypuszczono i pod presją nakazów pana rodziców. Amnezja, która u pana występuje, to zapomnienie może być częściowo wywołane obawą. Pan części nie pamięta, a części woli nie pamiętać?
  • Nie, nie, nie.
  • Trzy razy nie? A jak szliście z patrolem przez Kielce, prowadzący pana mi­licjanci i cywile z UB, czy tajniacy z milicji, to była liczna grupa ludzi. Oni zatrzymywali się i wołali: „ oto jest dziecko przetrzymywane przez żydów
  • Nie pamiętam.
  • Nie pamięta pan? Tak ważnego wydarzenia?
  • Nie pamiętam. Ja tylko pamiętam, jak żeśmy wychodzili stamtąd, to jakieś były… ale to było… nie pamiętam. (…) Ktoś mi powiedział… ojciec mi powie­dział dopiero później. Ojciec mi opowiadał, bo ojciec był w piwnicy trzymany.
  • Czyli rozumiem, że przebieg wszystkich wydarzeń, od chwili kiedy ojciec zaprowadził pana na posterunek milicji…
  • … nie pamiętam, właśnie, nie pamiętam. Ojciec przecież mnie nie bił… Ja w życiu od ojca nie dostałem. Ojciec mnie nie bił. Nie od rodziców byłem bity w domu i dopiero, wie pan, no… Nie pamiętam ile tam tych pięter, ze dwa, trzy. Na ostatnim piętrze była ta łazienka. Było takie malutkie okieneczko u góry. Ja tam byłem zatrzymany. A później byłem trzymany w pokoju przy pracowni (chodzi o pokój tortur, potocznie tak nazywany w WUBP w Kielcach – przyp. KK). Widziałem jak ludzi przywozili… W nocy przywozili, tych co są aresztowani, duże samochody. To nieraz i dostałem, krzyczeli na mnie UB-cy, że nie wolno wyglądać… Tam pod ziemią, wie pan, w piwnicach byli Ruscy (…) Ze szkołą trudno było mi później. Ciężko… po tym wszystkim brak mi było dzieciństwa. Tak lubiłem z chłopakami pograć, jak to chłopcy, w piłkę, taki byłem zawsze, potem już… taki samotny.
  • Widzę, że to dalej pana wzrusza. A jest jeszcze sprawa pana brata przyro­dniego, który zdaje się rozchorował się psychicznie.
  • On jest, no to on, nic nic wie, bo on też był zatrzymany. Tylko ja z nim nie siedziałem razem, bo on siedział z ojcem. Jego trzymali w piwnicy, jak tak można (…) Matka też była zatrzymana. Chyba później wypuścili.
  • Należy sądzić, że pana przyrodni brat rozchorował się tak ciężko z powodu tej całej sprawy?
  • Nie. Brat, to wie pan, już w ogóle (był) taki nerwowy. Wie pan, taki nerwowy.
  • Jest też taka relacja, że ten pana brat opowiadał w fabryce ludziom z ORMO, które tam się zebrało, że jego młodszy braciszek przyrodni jest właśnie prze­trzymywany przez trzy dni…
  • … pomyłka to jest. Duża pomyłka. Brat przyrodni, tak, bo ja mam brata drugiego, ten brat był mniejszy, ale tu chodzi o… Jeżeli ojciec wie, że oni mogą oszukiwać, to dlaczego ojciec nie siedział?
  • Pan jest ciekaw?
  • Stryjek, mojego ojca brat, też był strażnikiem w SHL, ale go zamknęli.
  • Jako dziecko potwierdził pan, że był pan przetrzymywany przez żydów, a teraz nie. Jaka jest przyczyna? Jak pan sądzi?… zachowuje pan z takich lub innych względów milczenie.
  • Co znaczy zachowuję? Cały czas opowiadam (…) to co pamiętam.
  • Mam tu naniesioną całą pana trasę, jak idziecie z Sienkiewicza 45, z komisariatu – zieloną kreską, spory kawał drogi. Po drodze nie tylko pan, pana ojciec, ale milicjanci i tajniacy opowiadają co pana spotkało. Zatrzymu­ją ci funkcjonariusze przechodniów i opowiadają: oto jest dziecko, które ucie­kło z zamknięcia u żydów, z niewoli. Nie pamięta pan? To jest amnezja?
  • … szczególna…
  • Nadszedł najprzykrzejszy moment. Muszę to poruszyć, nie mam wyjścia. W Ameryce wyszła książka, której autor zadał sobie trud porozmawiania między innymi z byłymi pracownikami UB w Kielcach z czasów pogromu, którzy znaleźli się na Zachodzie. Kobieta, pracownik UB, opowiedziała, że znalazła w tajnych aktach operacyjnych informację, że pana ojciec był współpracowni­kiem UB. Podała nawet pseudonim, pod którym działał: „Przelot”. Jest taka uliczka w Kielcach. Z pewnych danych może wynikać, że pana ojciec należał do NSZ. UB się dowiedziało i zmusiło do współpracy pana ojca.
  • To nieprawda, nieprawda, że ojciec należał do NSZ. On wpierw wstąpił do PPR – dopiero wtedy, w 1947, przepraszam, szóstym roku, bo chciał pracę (poprawia się jeszcze raz – przyp. KK), czy ósmym. No, załatwili pracę ojcu.
  • A Pasowski? Jaka jest jego historia?
  • No Pasowski, ja go tyle tylko, że znam, że znałem. To byli uczciwi ludzie. Był gospodarzem (w domyśle domu, w którym mieszkali – przyp. KK). Za­meldowali, że nas wpuścili i pomagali nam.
  • Z pewnych danych wynika, że nie dzieci zdemolowały państwu mieszkanie, wyniosły wszystko i poniszczyły.
  • Co tam było wynosić? Dwa łóżka, stara słoma, stół jeszcze był, piecyk taki żelazny. Tylko mieszkanie było otwarte…
  • Czyli, mimo uwięzienia, tych przykrości, pana ojciec wstąpił jednak do PPR?
  • Wstąpił.
  • Już po pogromie?
  • Tak, już całkiem wstąpił, był może 1948 rok, ale do PPR wstąpił, bo wtedy był PPR? (…) Tak. PPR. Wstąpił tylko dlatego, żeby mu pomogli w pracy i ojciec został w pracy. Tam pracował jakieś 19 lat.
  • Bardzo przepraszam, ale znów muszę zadać przykre pytanie. Poinformowa­no mnie, że pod koniec życia pana ojciec trudnił się żebraniną.
  • Nic podobnego. Przez cały czas, ojciec był tam szewcem, tam gdzie mie­szkał. Ja mieszkałem gdzie indziej. (…)
  • Pan jest w pewnym sensie ostatnią ofiarą pogromu. Jak się panu życie ułożyło?
  • Skończyłem zawodówkę samochodową, jako monter wody chłodniczej, to skończyłem. A gdzie pracowałem?
  • Gdzie pan pracował?
  • Pracowałem, proszę pana, w… może jakieś 15 lat, może 17… są dokumen­ty… (…) Proszę pana, dostałem propozycję, bo byłem członkiem partii. Tak myślę, dlaczego? (…) Takie były czasy. No i wie pan, dostałem propozycję do ochrony gmachu Komitetu Wojewódzkiego w Kielcach, do PZPR. Tam praco­wałem do 1989 roku, aż ta partia rozwiązała się… jak wyglądała procedura zatwierdzania pana w ochronie gmachu KW PZPR?
  • No wie pan, ja dbałem (o opinię – przyp. KK) jako członek partii. Dosta­łem… zatwierdzenie.
  • Broń pan miał?
  • Tak, miałem.
  • Jednak rekomendacja partyjna, mówiąc całkiem otwarcie, mniej znaczyła, bo członków partii było około dwóch milionów, a pan jednak musiał być za­twierdzony przez Służbą Bezpieczeństwa.
  • Byłem. Tak, tak…
  • No i postawa polityczna?
  • Byłem członkiem partii i w ogóle, ale proszę bardzo, u mnie na ścianach obrazy wiszą, ja się tego nie wyrzeknę, oni ode mnie tego nie wymagali.
  • Czyli pan, był odpowiedzialny za bezpieczeństwo I Sekretarza KW PZPR w Kielcach?
  • Tak proszę pana, ale to był najporządniejszy człowiek. Jego, wie pan, tak zmieszali, jak teraz Tymińskiego w wyborach, po prostu kubeł pomyj na niego wylali. On był taki uczciwy człowiek, że jak sprzątaczka sprzątała to on do­chodził i całował w rękę.
  • Zostawił bardzo duży majątek. Jak wyglądała jego śmierć?
  • Ja miałem w ten dzień służbę, jak nastąpiła ta, po prostu śmierć, do tej pory nie wiadomo. Czy to ktoś celowo sprawił, czy co? (…) Jego bardzo żal było. Bardzo mi żal. To był naprawdę dobry sekretarz, bo już później sekretarze nie byli dobrzy. Oni nie interesowali się ludźmi… dlatego ta partia podupadła. Ona by była, tylko trzeba było z ludźmi.
  • Mówił pan o sprzątaczkach. To były ważne osoby. Każdy papierek wrzucony do kosza się liczył.
  • Tam żaden papierek do kosza nie był wrzucony. Były palone, nie, cięte.
  • Widzę u pana cały tłum ptaszków, kanarki, papużki.
  • Dużo ich tu nie ma. Jakieś 12 sztuk…, no, kocham przyrodę. Jak wyjdę z wnuczkami na łąkę, ja bym całymi dniami stał. Ptaki śpiewają, kwiaty.
  • Może pan ucieka od swojego życia do tej przyrody?
  • Jestem od kilku lat szantażowany, nękany, chcą mnie filmować. „To było jak byłem dzieckiem – mówię, teraz jestem dorosły, dlaczego macie mnie filmo­wać?” Jak jestem winny, to zrobić proces, zamknąć i koniec. Oni chcieli mi przymusem zrobić zdjęcie. Już byłem w takim stanie, że chciałem oknem wy­skoczyć. Do niedawna leżałem, tu na tej kanapce, miałem wypadek 24 czerwca.

Henryk Błaszczyk opisuje dwukrotnie przebieg wypadku i pokazuje doku­menty, a przede wszystkim postanowienie prokuratury, gdzie postawiony jest zarzut spowodowania katastrofy przez niejaką Renatę S. Renata S. wyjechała nagle z dużą szybkością z małej, bocznej uliczki, podporządkowanej prosto na jadącego prawidłowo Fiata 126p, uderzając go z niezwykłą siłą. Renata S. jechała Fiatem 132 z pełną szybkością na niskim biegu. Uderzenie było potęż­ne w miejsce przy kierowcy, gdzie siedział Henryk Błaszczyk. Gdyby nie to, że kierowca samochodu 126p jest zawodowym szoferem i ujrzawszy kątem oka zbliżającego się Fiata 132 nie skręcił gwałtownie w lewo – na szczęście nikt nie nadjeżdżał z przeciwka – wszyscy by zginęli. Jadący po prawej stronie samochodu Henryk Błaszczyk i jego żona Janina zostali bardzo ciężko zranie­ni. Znów mamy do czynienia z amnezją, tym razem prawdziwą u Henryka Błaszczyka. Pamięta jeszcze, że po nim wyciągnięto żonę z samochodu, a nie mogli początkowo wyciągnąć, bo samochód był zgnieciony, i że żona leżała na ulicy. Po czym stracił przytomność. Odzyskawszy w szpitalu świadomość, czuł tylko wdzięczność do kierowcy Fiata 126p, że nagłym manewrem ocalił życie jemu i żonie. Henryk Błaszczyk miał wstrząs mózgu, złamaną rękę, uszkodze­nie kręgosłupa, nogę potrzaskaną strasznie. „Tyle czasu minęło, a wszystko mnie jeszcze boli, szczególnie głowa.”

  • Czy ten wypadek nie wydał się państwu dziwny?
  • Proszę pana, no jest dość dziwny. Byliśmy przesłuchiwani w komendzie (…). Tak się składa, że właśnie w tej, w której mój ojciec złożył zameldowanie, że ja się znalazłem i od tego wszystko się zaczęło. Powiedzieli nam od razu, że nikt nie wie, czy sprawa przeciw Renacie S. się odbędzie. Oni ją nazywali „tłustą Renatą”. Ona była zameldowana w Ostrowcu Świętokrzyskim, ale oni nie mogą jej przesłuchać, bo jej tam nie ma, bo jest pracownikiem ambasady polskiej w Niemieckiej Republice Federalnej. Kto wie czym ona jest? Dostaliśmy pismo z prokuratury datowane w listopadzie i przetrzymane bardzo długo, bo żona otrzymała je 4 stycznia. Niech pan zobaczy, porwane, pomięte, gdzieś to było przetrzymywane. Do tej pory nie można dostać nawet odszkodowania.
  • Tak, wysłane 22 listopada, a na pieczątce mamy, że nadeszło 4 stycznia.
  • Nie powiedziałem panu, że nawet kierowca był ranny od uderzenia i zmiażdżenia samochodu.
  • To spóźnione pismo jest postanowieniem o zawieszeniu dochodzenia.
  • Renata S. zniknęła. My wysłaliśmy list na jej adres i dostaję zwrot, ale nie ma dopisku, że adresat nieznany, tylko list nie podjęty. O, drugi raz wysłane i znów wraca w drugą stronę do nas.
  • Czy pani Renata S. jest domniemanym czy prawdziwym pracownikiem am­basady, w każdym razie osobą która dużo podróżuje.
  • W ogóle nie zainteresowała się. A czy jest pracowniczką ambasady w Niemczech Federalnych, to proszę pana niech pan sprawdzi. Pięć i pół mie­siąca leżałem, to było strasznie bolesne.
  • O wypadku była rozmowa z panem przeprowadzona dla radia. Audycją przy­gotowała pani Liszewska z Trzeciego Programu. Wtedy jeszcze pan leżał i zdaje się nie wiedział pan, czy będzie pan mógł chodzić. Nie chciał pan nic mówić o wypadku.
  • Usłyszałem tylko krzyk. Kierowca, kuzyn, krzyczy: „rany boskie” i skręcił kołem tak w lewo, że musiałem odwrócić się w tył i zobaczyłem, a tu na nas leci wielki samochód, duży, a my maluchem. Jechał z dużą szybkością, ale był mało rozbity. Tylko maska się wgięła.
  • Kierowca z radia, który towarzyszył nagraniu powiedział „ mnie się wydaje, że musiał to być wypadek reżyserowany”. Było to kilka dni przed rocznicą pogromu i w okresie, gdy strach nieco ustępował.
  • Kto by miał do mnie jakieś…
  • Sam pan mówił niedawno, że jest pan szantażowany.
  • Szantażowany jestem, jeszcze niedawno mama, kiedy żyła, mówiła… nie wolno było mówić o pogromie żydów. Żeby ojciec żył, nie wiem, co by teraz powiedział, ale i teraz by się bali.

Sprawdzenie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Departamencie Kadr.

Ówczesny dyrektor Departamentu, mgr Elżbieta Gutkowska, poproszona

  • sprawdzenie, czy Renata S. jest pracownikiem polskiej służby dyplomatycz­nej w Niemczech odpowiada po przeanalizowaniu danych: „Taka osoba nie pracuje w MSZ na żadnej placówce dyplomatycznej, ale nigdy w MSZ nie była zatrudniona. Nie jest też wymieniona jako osoba towarzysząca osobom zatrudnionym kiedykolwiek w MSZ.”

Początek pogromu

W raporcie WiN stwierdza się też, że około 9 rano „oficer milicji z kilku szeregowymi wdarł się do domu gminy żydowskiej siłą a po krótkim czasie usłyszano stamtąd strzelaninę. Na jej odgłos część umundurowanych – trzy­mających kordon przed domem – składająca się z funkcjonariuszy UB, MO

  • żołnierzy wpadła również do domu, a za nimi część cywilów. Po chwili z domu wyniesiono zabitych: oficera MO i dwóch milicjantów.

Rzecz uderzająca: telefonogram Herrera do Brystygierowej używa iden­tycznego słownictwa przy opisywaniu początku pogromu: „MO (…) wdarło się do domu (żydowskiego – przyp. KK)”. Ten telefonogram, idący po drucie UB, jest prawdopodobnie szczątkiem początkowo przyjmowanej jako jedna z wersji – kogo obciążyć za pogrom – by winną uczynić Milicję Obywatelską

Źródło: Gazeta Warszawska

 Autor: Krzysztof Kąkolewski: „Umarły cmentarz”

 Redakcja: RACJA Słowiańska

 
Przeczytaj poprzedni wpis:
Flaga
Uwaga na alternatywnych judeo-satanistów.

Zacząłem analizować publikacje mediów alternatywnych i zauważyłem że większość to media judeo-satanistów. Można to zauważyć o czym zboczeńcy informują. Swego...

Zamknij