RACJA TV

Facebook.

Najczęściej czytane

Luigi Lovaglio: Cyniczny kat polskich firm, czy… menedżerski wzór do naśladowania?

Wielbiciel włoskiego makaronu Luigi Lovaglio, prezes Banku Pekao, powoli wyrasta na enfant terrible polskiej branży bankowej. A właściwie na króla bezdusznych biurokratów, którzy dla zwiększenia rentowności banku o promil są gotowi na wszystko – wypowiedzieć kredyt ratujący firmie życie, wyrzucić tysiące ludzi na bruk, wywołać upadłości przedsiębiorstwa ważnego dla całej gospodarki. Lovaglio w ostatnich miesiącach pokazał tę bezduszną część swego jestestwa nader dobitnie. Luigi LovaglioJeśli w konsorcjum banków nie ma zgody na ratowanie jakiejś firmy, wiadomo, że hamulcowym jest Lovaglio. Jeśli jakiś bank jako pierwszy wypowiada firmie kredyty – od razu trzeba podejrzewać Pekao. Jeśli ktoś nie chce dopuścić konkurencyjnych bankowców do lepszych zabezpieczeń, choć jednocześnie chcą oni dać firmie zastrzyk finansowy – po wyjaśnienia można w ciemno dzwonić do prezesa Lovaglio. Tyle, że wtedy nie uśmiecha się on tak słodko, jak na zdjęciu.

W połowie czerwca, tuż przed turniejem Euro 2012, kierowany przez Lovaglio Bank Pekao wypowiedział kredyty dwóm wielkim firmom budowlanym – PBG i Hydrobudowie, wbijając obu firmom duży gwóźdź do trumny.  Łącznie obie firmy są warte Pekao 162 mln zł. W połowie lipca Pekao ścigał się z BRE Bankiem o palmę pierwszeństwa w konkurencji pt. kto pierwszy odetnie finansowanie dla sieci supermarketów Bomi (tu chodziło o 34 mln zł). Teraz z kolei prezes Banku Pekao nie chciał się zgodzić na dalsze finansowanie budowlanego holdingu Polimex. Nie dość, że sam nie zamierzał dać pieniędzy, to jeszcze nie pozwalał, by gwarancji udzielił firmie konkurencyjny PKO BP. Bo wtedy rywal miałby lepsze, niż Pekao zabezpieczenia. Lepiej więc, żeby Polimex upadł, a tysiące ludzi straciło pracę? Lovaglio dał się przekonać do kompromisu dopiero po interwencji Ministra Skarbu, który podobno w celu zmiękczenia Lovaglio naciskał nawet na włoskiego ambasadora w Warszawie.

Dziś prezes Lovaglio pracuje na podobną opinię, jaką legitymował się kiedyś wśród firm BRE Bank. Za czasów prezesury Wojciecha Kostrzewy ten bank wykonał kilka kontrowersyjnych posunięć, polegających na wypowiadaniu kredytów firmom mającym kłopoty finansowe, ale i atrakcyjne nieruchomości. Firmy odcięte od finansowania składały się jak domki z kart, a bank kładł łapę na atrakcyjnych zabezpieczeniach. Sam opisywałem taką historię w odniesieniu do mięsnych zakładów Pozmeat, ale to nie jedyny przykład. Teraz Luigi Lovaglio też może liczyć na przyprawienie mu gęby bezwzględnego egzekutora, kata polskich firm. Nie wiem czy go to martwi, ale każdy chcący mu taką gębę przyprawić od razu przypomni sprawę producenta makaronu Malma (Bank Pekao odciął firmę od pieniędzy, bo nie mógł dogadać się z głównym akcjonariuszem Michelem Marbotem, a dziś Malma jest bankrutem), czy umowę „Chopin”, w której Bank Pekao oddaje włoskiemu Pirelli RE prawo pierwokupu wybranych nieruchomości przez 25 lat (Pekao zapewnia, że umowa nie jest wykonywana, ale nie zamierza jej anulować).

Lovaglio nie doprowadza do bankructwa polskich firm z czystej, sadystycznej przyjemności. To człowiek, który przez 30 lat pracował w bankach, przebył drogę od szeregowego pracownika w okienku oddziałowym do prezesa. W tym czasie przesiąkł zasadami zarządzania, które wykluczają podejmowanie decyzji finansowych pod wpływem emocji. Lovaglio – jeszcze jako wiceprezes, a potem dyrektor generalny Banku Pekao – był chodzącą technokracją. A teraz, kiedy już w banku nie ma prezesa Jana Krzysztofa Bieleckiego, Lovaglio jest chodzącą technokracją podniesioną do kwadratu. Każde jego działania musi być uzasadnione rachunkiem na cyferkach. W dodatku jako prezes banku ma w głowie wyrytą zasadę, że jego podstawowym obowiązkiem jest chronić kapitał akcjonariuszy. Nawet przez sekundę nie pomyślałby, żeby robić uprzejmości prezesowi PBG Jerzemu Wiśniewskiemu (który – w mojej prywatnej opinii – zarządzanie firmą momentami mylił z działalnością hazardową), czy szefom Polimeksu (którzy prowadzili kreatywną księgowość, żeby ukryć straty na kontraktach). Ktoś powinien wreszcie powiedzieć, że tak nie wolno zarządzać firmami. Może pan Bloom? ;-).

Dlatego – mimo patriotycznego zacięcia – mam opory, by czynić prezesowi Lovaglio zarzut z tego, że doprowadza do ruiny tę czy inną polską firmę. Tak samo zresztą, jak nie postawię zarzutu nieracjonalnego utrzymywania przy życiu wielkich firm głównemu rywalowi Pekao – w połowie należącemu do państwa PKO BP. W interesie państwa, czyli największego udziałowca PKO BP jest to, żeby do urzędów pracy nie zgłosiło się kilkadziesiąt tysięcy nowych bezrobotnych – sierot po Polimeksie, jego spółkach zależnych oraz podwykonawcach. Z kolei udziałowcom Pekao jest to obojętne, oni chcą mieć jedynie pewność, że otrzymają pieniądze z powrotem. To rozumowanie doprowadzi nas do dość radykalnego wniosku, że polskie firmy po kredyty powinny przychodzić wyłącznie do PKO BP (bo tam jest akcjonariusz, który w razie potrzeby uratuje, a nie dobije), zaś prywatni inwestorzy powinni kupować akcje wyłącznie Banku Pekao (bo tam jest akcjonariusz, który nie porzuci fetyszu w postaci jak najwyższego zysku na rzecz innych fetyszy, np. patriotycznych ;-)). Na wszelki wypadek nie rozwinę tego wątku ;-). Bardzo jestem ciekaw co o tym sądzicie. Komentujcie!

W postawie Luigi Lovaglio dziwi mnie tylko jedno: że nie dostrzega potrzeby komunikowania się z rynkiem, racjonalnego uzasadniania swojej postawy. Kiedy wypowiedział umowy kredytowe PBG oraz Hydrobudowie, a dzień później pojawił się z okazji konferencji poświęconej Euro 2012 (Pekao był oficjalnym partnerem imprezy), oświadczył tylko, że nie będzie mówił o swoich relacjach z klientami. Po piątkowych, nocnych negocjacjach w sprawie Polimeksu jego służby prasowe też odmówiły komentarza. Prezes Lovaglio zachowuje się tak, jakby kompletnie mu nie zależało na wizerunku. Sęk w tym, że jeśli przedsiębiorcy będą straszyć nim swoje dzieci, to nawet oferując najlepsze warunki na rynku Bank Pekao szybko przestanie być największym bankiem korporacyjnym w naszym kraju. A przy okazji wyrzuci w błoto całą swoją strategię komunikacyjną, dotyczącą rebrandingu.

Bank-Pekao

Mówienie o tym, że teraz niegdysiejszy „żubr” przybrał barwy biało-czerwone i dzięki temu jest bliżej polskich klientów, może wzbudzić już tylko uśmiech. Prezes Pekao Luigi Lovaglio niemal każdym swoim gestem pokazuje, że dla niego liczą się tylko słupki. To, czy dotyczą one klienta w Polsce, czy w Zimbawe, to już kompletnie bez znaczenia. Być może tak właśnie powinien postępować ideał menedżera bankowego? Być może włączenie emocji prędzej czy później prowokuje błędy i prowadzi do porażki? Może. Ale marketingowa kreacja z „Bankiem Pekao w barwach biało-czerwonych” w tych okolicznościach wychodzi na zwykły pic, który nie zgrywa się zupełnie z rzeczywistym obliczem banku.

Tak swoją drogą ciekaw jestem, czy gdyby problem wielomilionowej gwarancji bankowej dotyczył dużej budowlanej firmy we Włoszech, Luigi Lovaglio zachowałby się podobnie, jak w przypadku Polimeksu? Chcę wierzyć, że tak.

Od redakcji: Z pewnością skończyłby w przydrożnym stawie z piątą dziurą w głowie a ta dodatkowa dziura powoduje taki przeciąg że każdego kładzie na miejscu bez wyjątku. Całkiem jak w Spaghetti Westernie trup ścielę się gęsto a głównego bohatera kule omijają. My myślimy że przyczyna jest zgoła inna, jak każdy zestresowany bankowiec brak mu erekcji, dopiero gnojenie ludzi sprawia że dostaje orgazmu. Nadmiar władzy uczynił z niego despotę. Mamy jedną bezcenną radę dla wszystkich omijajcie Luigi Makaroni z daleka lub przyłączcie się do naszych protestów. Terminy manifestacji będziemy zamieszczać na stronie biuletynu.

Pod redakcją: „NASZA RACJA”

Źródło: Internet, różne

http://samcik.blox.pl/2012/09/Luigi-Lovaglio-surowy-kat-polskich-firm-czy.html


1 komentarz
Napisz komentarz
Musisz być zalogowany(a) aby napisać komentarz.
 
Przeczytaj poprzedni wpis:
Mafia
Złodziejski Bank PEKAO S.A.

W ostatnim czasie w środkach masowego przekazu trwa ostra nagonka na tzw. parabanki. W świetle wydarzeń jakie miały i mają...

Zamknij