RACJA TV

Facebook.

Najczęściej czytane

Czasy PRL

Okres wycofywania się hitlerowskich okupantów pamiętam, bo urodziłem się w lutym 1939 roku w rodzinie chłopskiej. Razem z rodzicami mieszkaliśmy na wsi w pobliżu torów kolejowych prowadzących z Krakowa do Rzeszowa i dalej na wschód, pomiędzy miastem Bochnią i Brzeskiem Okocimiem. Utkwiło mi w pamięci wysadzanie torów kolejowych i mostów przez uciekających w popłochu hitlerowskich „panów świata”.

Stanisław Błąkała

Pamiętam pobicie mojego ojca w ogrodzie za to, że nie oddał kamienia od ręcznych żaren Niemcom, co miało zapobiec samodzielnemu mieleniu zboża na mąkę, której zaczęło brakować hitlerowskim żołdakom na  froncie wschodnim. I wiele innych zdarzeń: płacz niemieckiego żołnierza i jego rozpacz i zwątpienie, czy będzie mu dane wrócić do swojej żony i dwójki małoletnich dzieci. Dostałem od niego karty do gry, a mój starszy brat scyzoryk. W tą samą noc podążała za nimi Armia Czerwona. I jedni i drudzy przychodzili tej nocy do naszego domu po popiół do podsypywania pod koła samochodów, które utkwiły na zmarzniętej zimowej nawierzchni wiejskiej drogi. Edukację w szkole podstawowej rozpocząłem w 1946 roku. Często chodziłem z moimi rodzicami do wujka mieszkającego przy szosie na trasie wymienionych kierunków. Tam słyszałem, jak wujek opowiadał o zgwałceniu jego żony, która była po porodzie i z tego powodu zmarła. Żołnierz, który  się dopuścił tego czynu został schwytany i osądzony przez wojskowy sąd polowy oraz niezwłocznie po wyroku rozstrzelany na miejscu. Pójścia do szkoły bardzo się bałem. Miałem obawy, czy ja się potrafię czegokolwiek nauczyć? Po czasie okazało się, że nie było z tym tak źle. Byłem dobrym uczniem, ale byli ode mnie lepsi. Tą wzorową uczennicą była moja koleżanka Helenka, w której się potajemnie kochałem. Do dzisiaj pamiętam, jak patrzyliśmy sobie w oczy na lekcjach. Drogi nasze się rozeszły. W tym czasie budowały się u nas zręby państwowości. Żołnierze Armii Czerwonej odbudowywali zniszczoną kolej i mosty, rozparcelowywano ziemie obszarnicze i kościelne. Władza wprowadzała dyscyplinę różnymi metodami. Piętnowano tzw. kułaków. Pisaliśmy hasła na przydrożnych budowlach. Robiłem to wraz z innymi kolegami, roznosiliśmy gazety. W szkole mieliśmy również rygorystycznego kierownika szkoły, którego wszyscy panicznie się bali, a szczególnie jego linijki, którą za przewinienia boleśnie bił, czego doświadczyłem na własnej skórze. Bodajże w piątej klasie zorganizował przedstawienie ośmieszające ludzi bogatych, właśnie tych kułaków. Ja otrzymałem rolę odegrania takiego społecznego szkodnika na scenie i miałem ostro potraktować służącą Maryśkę. Wyszło tak, że wszedłem na scenę roześmiany, a potem miałem wpaść w gniew i odpowiednio ostro ją potraktować. To był mój wymysł, bo w scenariuszu było inaczej. Zdołałem jednak tak rozśmieszyć zebranych rodziców, że wszystko wyszło nie tak, jak było zaplanowane. W następny dzień na lekcji zostałem wezwany na środek klasy po „zapłatę”. Pan kierownik nakazał mi wyciągnąć rękę, a on trzymał swoją linijkę służącą mu do wymierzania kary za przewinienia. Ja się jednak zbuntowałem i zacząłem mu uciekać po ławkach i między ławkami. Na cały głos mu odpowiedziałem, coś w tym stylu. Nie pozwolę się bić ty siwoniu! Jako, że był już szpakowaty nie tylko na skroniach, ale na całej głowie. Pan kierownik po tych słowach skapitulował i od tej pory już nigdy nie używał drewnianej linijki. Zaprzestał bicia dzieci. To było moje pierwsze zwycięstwo z  reżimem. Miałem nauczycielkę śpiewu i matematyki w jednym. Chciała mnie uczyć grać na skrzypcach, bo była panną w podeszłym wieku, nie miała rodziny i chciała komuś przekazać swoje umiejętności. Rodziców moich nie było jednak stać na kupno mi skrzypiec, ale wstydziłem się jej tego powiedzieć i szukałem innych argumentów. Po skończonej szkole podstawowej poszedłem do Zasadniczej Szkoły Zawodowej, choć ta pani nauczycielka mi tłumaczyła, abym poszedł do technikum, bo mnie szkoda, jako, że byłem dobrym uczniem. Ja jednak nadal nie wierzyłem w swoje siły. W szkole zawodowej byłem przodującym uczniem. Dzierżyłem proporzec przechodni przodującego ucznia od pierwszej klasy do zakończenia nauki. Otrzymywałem stypendium. Po ukończeniu 18 lat zacząłem pracę na PKP, początkowo jako pracownik sezonowy, a następnie jako pomocnik maszynisty. Grałem w piłkę nożną w klubie sportowym LZS (Ludowe Zespoły Sportowe). Byłem kapitanem drużyny. Obserwując swoich kolegów i ludzi ze swojego otoczenia ciągle starałem się im dorównać, nie tylko pod względem wyglądu, po czym najczęściej się oceniało ludzi na wsi, ale również pod względem wykształcenia, zachowania i dobrych manier. Dużo czytałem gazet. Nie tylko codziennych, ale również „Przekrój”, „Politykę”, „Argumenty” i inne. Często matka wskazywała mnie za wzór moim starszym braciom. Edukację uzupełniłem w wojsku. Podczas służby wojskowej skończyłem V Liceum Ogólnokształcące w Krakowie, a następne studia wyższe na Wydziale Prawa i Administracji UJ. Dostałem również mieszkanie.

Wracając jeszcze do lat dzieciństwa., należy dodać, że chodziłem z matką do kościoła i utkwiło mi w pamięci jak ksiądz proboszcz (pamiętam nawet jego nazwisko, ale to bez znaczenia) rozdzielał prace polowe z ambony swoim parafianom na swoim gospodarstwie, które miało obszar 600, czy 800 hektarów. Za czasów PRL zostało ono  rozparcelowane. Mój ojciec również dostał kawałek tej ziemi, za co „podziemni” grozili mu śmiercią. Ci podziemni, to dzisiejsi Żołnierze Wyklęci. Ojciec mój przed wojną był parobkiem u tego proboszcza. Zgodnie z katolicką doktryną dorobił się licznej rodziny. Kiedy zwrócił się do proboszcza, aby mu pomógł i dał coś z płodów rolnych, ten mu odpowiedział, że on mu dzieci nie narobił.  Tak to kwitła od wielu lat miłość katolicka. Posadę jednak utracił. Jako parobek miał zawieźć do Caritasu w Bochni ziemniaki. Nasypano mu podczas jego nieobecności odpadów, którymi karmiono na plebanji świnie i inne zwierzęta. Ojciec pomyślał, że ktoś się pomylił i rozładował ten odpad, a  nasypał na wóz  ziemniaków jadalnych, dużych. Kiedy proboszcz się o tym dowiedział wyrzucił go ze służby. Tłumaczenie, że myślał, iż ktoś się pomylił nasypując ten drobiazg na wóz, skwitował słowami: „Ty jesteś od roboty, a nie od myślenia”. Jak pamiętam od wojny ojciec już więcej do kościoła nie poszedł, przed wojną chodził bo się bał, że mogą mu spalić gospodarstwo. Utkwiło mi również w pamięci, jak po każdych żniwach zbierano dla księdza, kościelnego i grabarza snopy zboża. Dla księdza po 5, organisty 3, a dla grabarza po 2.

Po odejściu z wojska zajmowałem różne stanowiska od kierownika działu poczynając, a skończyłem pracę jako dyrektor ekonomiczny w jednoosobowej spółce skarbu państwa. Po drodze zrobiłem wiele uprawnień. Ukończyłem kurs głównych księgowych, członków rad nadzorczych spółek skarbu państwa, a także konserwatorów sprzętu gaśniczego i spawania elektrycznego. Ponadto po przemianach prowadziłem działalność gospodarczą na własny rachunek przez 10 lat. Moje życie nie było lekkie, ale jestem z niego zadowolony, bo pomimo wielkiej krytyki, i biedy jakiej doświadczyłem, czasy PRL stwarzały wielkie możliwości rozwojowe przed ludźmi aktywnymi i gdyby nie te czasy PRL dzisiaj zapewne pasałbym krowy, na ziemiach należących do księży Kościoła rzymskokatolickiego, różnych zakonów i panów biskupów. Jako, że jestem już po 70. zostawię po  sobie materialne i trwałe dowody swojego pobytu na ziemi. Do „nieba” iść nie chcę. Jestem ateistą i apostatą, zaangażowanym w doprowadzeniu do rzeczywistego rozdziału Kościołów od państwa. Wierzę, że kiedy utracę świadomość swojego istnienia i przejdę w świat materii nieożywionej, zgodnie z tablicą Mendelejewa, nikt nie powinien po mnie rozpaczać nad urną z moimi prochami, bo takie są prawa natury. Po raz drugi nie chciałbym odzyskać młodości.

                                                                       Stanisław Błąkała

Kraków, 22 wrzesień 2013 r.

Napisz komentarz
Musisz być zalogowany(a) aby napisać komentarz.
 
Przeczytaj poprzedni wpis:
Andrzej Dziąba
Sprawiedliwość po katolicku „Czyli 6 miesięcy bezwzględnego więzienia za 200 zł legalnie wziętej zaliczki”

Sąd Rejonowy w Zabrzu w sprawie VII K 1327/04 ponownie po pięciu latach wezwał mnie do stawienia się w Areszcie...

Zamknij