RACJA TV

Facebook.

Najczęściej czytane

Czy Bóg kocha Polaków?

Wyobraź sobie, że masz ojca, którego nigdy nie widziałeś. Matka, ciotki, znajomi, bliższa i dalsza rodzina opowiadają jaki to on jest wspaniały… Jak Cię kocha… I cały czas wmawiają tobie, że ty też powinieneś go kochać, oddawać mu cześć i obdarowywać… Bo jeśli nie… Potrafi być zły, potrafi się wkurzyć nie na żarty, potrafi też być mściwy, czego inne jego dzieci doświadczyły nie raz… Oczywiście czyni to wszystko wyłącznie z miłości do ciebie… Zaczynasz i ty doznawać tych specyficznych objawów ojcowskiej miłości, a to cię palnie w ucho, a to kopnie w… mniejsza w co, to znów podrzuci ci skórkę od banana, byś się poślizgnął i złamał nogę, to znowu złoi ci tyłek i plecy, że przez jakiś czas siedzieć nie będziesz mógł. Im więcej tych objawów „ojcowskiej miłości” doznajesz, tym częściej matka powtarza ci, że to wszystko z miłości ojca do ciebie, zatem tym większą cześć masz mu oddawać i tym więcej obdarowywać. Jednym słowem im bardziej ojciec cię doświadcza i szykanuje, tym bardziej powinieneś być mu wdzięczny. Oczywiście wszystkie dowody wdzięczności możesz mu przekazywać wyłącznie przez matkę, bo jego samego nigdy nie widziałeś… Złamana noga, bolące plecy i tyłek, przekonują cię jednak o jego istnieniu, zatem… płacisz matce za tę ojcowską opiekę i miłość.

Z czasem jednak zaczynasz mieć wątpliwości, tym bardziej, gdy widzisz, że matka zaczyna lepiej się ubierać, wozić coraz lepszymi brykami, zaczyna obrastać tłuszczem… Wątpisz, widząc to, czy twoja kasa, dary, prezenty trafiają faktycznie do ojca, czy po prostu zatrzymuje je matka… Tym bardziej, że ojciec cały czas nie szczędzi ci coraz to nowych „dowodów swojej ojcowskiej miłości”, a matka… wciąż woła o więcej.
Odkąd nasz polski mesjanizm wmówił nam, że jesteśmy narodem wybranym, szczególnie ukochanym przez Boga, nasza historia stała jednym wielkim pasmem klęsk. Zabory, powstania, zsyłki… to tylko początek. Po 123 latach niewoli wreszcie upragniona niepodległość, ale… Bóg czuwa i mamy wojnę polsko-bolszewicką. Potem kilka lat spokoju i… przewrót majowy, tragiczną w skutki wojnę domową, której pokłosiem jest faszyzacja kraju i powolne zbliżanie się upadku państwa w wyniku klęski wrześniowej. Bóg w tym czasie był… na klamrach pasów tych, którzy nam dokopali. Zapewne zrobił to z ogromnej miłości do swego narodu wybranego.

Minęła wojna i… nasz dobry Bóg, oczywiście z wielkiej ku nam miłości, oddał swój ukochany naród w pacht Stalinowi i jego poplecznikom. Zaciągnął „żelazną kurtynę” i… zajął się czym innym. Na prawie pół wieku dał nam spokój, czasami tylko przypominając o swoim istnieniu… W 1978 roku przypomniał nam o sobie szczególnie wybierając jednego z nas swoim reprezentantem. Dzięki temu za czas jakiś udało się nam „zrzucić jarzmo komunizmu”, a przynajmniej tak zapewnia nas matka-kościół oraz liczne bliższe i dalsze ciotki i wujkowie (politycy, historycy IPN, media). Nawet, jeśli dokumenty mówią co innego…

No to teraz czeka nas już wreszcie „dolce vita” – miał prawo każdy z nas oczekiwać. Wreszcie nasz ojciec okaże nam swoją miłość, wreszcie przyjdzie zapłata za te wszystkie lata klęsk, poniżeń, szykan, tym bardziej, że przecież nasz brat… Niestety, nasz brat szybko zamienił nas w watykańskie lenno i razem z matką, której poczynaniami kierował żądał coraz więcej… oczywiście dla ojca.
A tymczasem nasz ojciec… najpierw w 1983 roku ostrzegł naszego brata, nosił kulę (zgodnie z porzekadłem) i nie pozwolił by bratu zrobiła krzywdę. Ale już w 1987 roku pozwolił spaść w lasach kabackich samolotowi ze 183 ludźmi na pokładzie (widać 87 ofiar katastrofy „Kopernika”, m.in. z Anną Jantar, z 1980 roku było zbyt małym wyrazem jego miłości do naszego narodu). W podzięce za ten wyraz miłości wobec naszego narodu matka-kościół ustami prymasa Glempa ogłosiła wznowienie idei budowy świątyni Opatrzności Bożej. Zaczęło się wielkie żebranie, pardon – zbieranie i strzyżenie owiec. A nasz ojciec Bóg? A on systematycznie raz po razie udowadniał jak bardzo miłuje swój wybrany i umiłowany (przynajmniej tak nam zawsze powtarzała nasza matka-kościół) lud. Najpierw tuż po braterskiej wizycie, w 1997 roku, chyba w podzięce za wiernopoddańczy konkordat zsyła na nas „powódź tysiąclecia”, pociągającą za sobą 56 istnień ludzkich i kolosalne straty materialne, po których długo nie możemy się podnieść. W 2002 roku zabiera do siebie 19 ofiar – osób udających się na pielgrzymkę do Medjugorie, siedem lat później 26 pielgrzymów strąca w przepaść w Alpach, k. Grenoble. A po roku… wszyscy wiemy, co się stało pod Smoleńskiem, 96 wybitnych cór i synów narodu, podobno wybranego…, a dodajmy jeszcze lipcową powódź z 25 ofiarami…

A wybitnych cór i synów kochający ojciec nader często ten naród pozbawiał. Wielu z nich znacznie przed sześćdziesiątką, doświadczając ich wcześniej ciężką i bolesną chorobą, jak choćby Jacka Kaczmarskiego, Gabrielę Kownacką, czy Agatę Mróz. I tak nasza kultura przedwcześnie straciła m.in. wspomnianych Kaczmarskiego(47), Kownacką(58), czy Jantar (30), a także Grzegorza Ciechowskiego(44), Jacka Skubikowskiego(53), Darię Trafankowską(50), czy Macieja Kozłowskiego(53). Polski sport zaś, obok wspomnianej Agaty Mróz(26) przedwcześnie opuścili m.in. Arkadiusz Gołaś(24), Kamila Skolimowska(26), Joachim Halupczok(25), czy choćby Andrzej Grubba(47). To tylko dwie z dziedzin życia, gdzie jakże zauważalne są przejawy tej „ojcowskiej miłości”, o której, za każdym razem zapewnia nas matka-kościół, jednocześnie każąc sobie słono płacić za bycie rzecznikiem ojcowskich interesów.

I za każdym razem, kiedy dotyka nas czyjaś śmierć, jakieś nieszczęście, kataklizm, zadajemy sobie pytanie, czy aby ta matka nas nie oszukuje??? Biskupi są coraz lepiej odżywieni, jeżdżą coraz lepszymi furami, mieszkają w coraz piękniejszych pałacach, kościoły są coraz bardziej „wypasione”, pomników i innych przejawów chwały i siły kościoła nie ma już prawie gdzie stawiać, a… nieszczęścia jak nas dotykały, tak nadal nas dotykają. Ostatnio nawet Euro przegraliśmy, chociaż prawie każdy nasz piłkarz żegnał się przed wejściem na murawę, a po strzelonej bramce wznosił palec i oczy ku niebu… Na każdym stadionie były kaplice, Episkopat ogłosił przed Euro wielką mobilizację, przy okazji wyłudziwszy jeszcze parę groszy z budżetu. I wszystko na nic. Widać prawosławni i ateiści byli milsi Bogu niż nasi… Dobrze, że nasi siatkarze nie są przesadnie religijni…

Po roku 1989 Kościół w Polsce wzrósł w siłę, mimo, że nie udało mu się niczego szczególnego wymodlić dla Polski. Mało tego! Rozbiły się dwa autokary z pielgrzymami, spadły dwa samoloty, nawiedziły nas dwie potężne (i kilka mniejszych) powodzie, mieliśmy susze, gradobicia, a w końcu odpadliśmy z Euro w fazie grupowej, z NASZEGO Euro! Niczego nam biskupi nie potrafili załatwić. Odwrotnie, można odnieść wrażenie, że czego tylko się tkną… od razu kierują przeciwko nam gniew boży. Umieją tylko obiecywać, mamić nas i przy każdej okazji każą sobie suto za wszystko płacić. A my, jako społeczeństwo… płacimy. I co z tego mamy???!!!

Czasem nachodzi mnie wręcz świętokradcza myśl. Niby to niemożliwe, ale… tak sobie zadaję pytanie, czy nasza matka-kościół jest jeszcze w związku z naszym ojcem Bogiem? Czy tam nie doszło już do rozwodu? No bo jak wytłumaczyć te wszystkie działania naszego ukochanego ojca, te wszystkie plagi i nieszczęścia, które na nas spadają?! Po prostu ojciec, jako, że już po rozwodzie z matką naszej kasy nie ogląda, wszak „Bóg nie mieszka w świątyniach z kamienia…”, czy jakoś tak. Natomiast biskupi, przedstawiciele naszej matki-kościoła i owszem, pławią się w marmurach i alabastrach. Za naszą kasę! Za tę kasę, którą wyrywają od nas w imieniu naszego ojca. Przez ponad 20 lat gdyby to zsumować… zabrakłoby chyba kratek w kalkulatorze. Nie dziwi więc, że matka kwitnie, tyje i robi się coraz bardziej butna i bezczelna, a ojciec? Ojciec po prostu co jakiś czas chce matkę ukarać, ale… łączy nas z nią zbyt gruba pępowina i dlatego to my obrywamy. Matka w każdej sytuacji wciśnie nam dowolny kit, bylebyśmy tylko nie przestali płacić.

Nauczyliśmy się już, że gdy płacimy za jakiś towar, czy usługę, z reguły żądamy gwarancji. I potem, gdy coś jest nie tak domagamy się zwrotu kasy. A gdy zawali się świeżo poświęcony most, czy biskup, który wziął za to niemałą kasę ponosi konsekwencje? Czy zwraca pieniądze? A powinien! Widocznie nie ma u szefa najlepszych notowań i ten… nie wysłuchał jego modłów. A czy kapelani wojskowi, czy sportowi ponoszą odpowiedzialność za przegraną bitwę lub mecz? A powinni. Widać niezbyt gorliwie przyłożyli się do roboty. Mówię całkiem poważnie. Jeśli ktoś każe sobie za swoją usługę płacić to powinien być z jej efektu później rozliczany. Może więc zacznijmy wystawiać naszej matce-kościołowi rachunki za jego wątpliwej jakości usługi. Za całe dwadzieścia kilka lat transformacji, za wszystkie klęski, plagi i nieszczęścia, którym nie zapobiegły jego modły, za powodzie, gradobicia, susze… i za przegrane Euro też!
A Bóg? Może wybierze sobie jakiś inny naród… chociaż żadnemu narodowi źle nie życzymy.

zbuj

TAGS:  
Napisz komentarz
Musisz być zalogowany(a) aby napisać komentarz.
 
Przeczytaj poprzedni wpis:
sejm
Ludobójcza ustawa

Nasz własny Rząd pod obstalunek nazistowskich pogrobowców reprezentujących międzynarodowe koncerny farmaceutyczne na czele, których stoją powiązani personalnie z byłymi funkcjonariuszami...

Zamknij