RACJA TV

Facebook.

Najczęściej czytane

Bolszewicy w togach

Sąd odbiera dzieci Bajkowskim z Krakowa. Komornik bezprawnie konfiskuje mienie niewinnemu obywatelowi. Sędziowie ingerują w tytuł opozycyjnego tygodnika. Nie ma praktycznie dnia, by nie dochodziły nas wieści o skandalach z udziałem sądów.

Bolszewicy w togach

W przypadku niektórych wyroków można mieć wątpliwości, czy sędziowie opanowali sztukę czytania ze zrozumieniem, a co dopiero oceny badanego materiału. Czy sądy w Polsce stoją po stronie ludzkiej wolności?

Czy są skutecznym zabezpieczeniem przeciwko próbom ingerowania w sferę wolności słowa i działalności gospodarczej? 

Czy bronią zwykłych obywateli i tego, co nazywane jest w prawie podstawową komórką społeczną, czyli rodziny?

Całkiem niedawno mieliśmy do czynienia z precedensową sprawą. Komornik, nie mając wszystkich danych na temat osoby, na której miał wykonać wyrok, skasował nie tego, kogo trzeba. Wystarczyła zbieżność imienia i nazwiska, by zabrać, co trzeba, i się wycofać. Sąd stwierdził, że komornik nie zaniedbał żadnych swoich obowiązków, po prostu się pomylił.

Ot, dzień jak co dzień w sądownictwie polskim. Człowiek wychodzi z sądu i nie wie, o co chodzi. Jako ewidentny poszkodowany nie może znaleźć oparcia w instytucji, która jest do tego powołana.

Przypomina to, że jeszcze kilka lat temu niektórzy posłowie otwierali w swoich biurach poradnie dla ofiar przestępstw. Zatrudniali tam prawników, którzy udzielali bezpłatnej pomocy i owym dość prostym sposobem zjednywali sobie przychylność mieszkańców.

To były czasu linczu we Włodowie, gdy bezsilni względem wymiaru sprawiedliwości obywatele wzięli sprawę w swoje ręce. Dziś o takich przypadkach mówi się rzadziej, ale czy coś się zmieniło? Czy zmieniły się statystyki sądowe, średni czas oczekiwania na rozprawę i poziom wyroków?

Gowin oburzony wyrokiem na księdza

Nie, wszystko jest po staremu. Do tamtych problemów doszły jednak kolejne. Sądy działają nie tylko w sposób opieszały, ale coraz częściej dowiadujemy się też o sprawach, w których odgrywają rolę poglądy polityczne albo społeczne ideologie. Sądy polskie stają się zatem miejscem walki o idee.

Za początek tego trendu należy uznać dwa procesy. Pierwszy wyrok zapadł w 2009 r. w procesie, jaki Alicja Tysiąc wytoczyła ks. Markowi Gancarczykowi, redaktorowi naczelnemu „Gościa Niedzielnego”. Chodziło o rzekome porównanie powódki do zbrodniarzy hitlerowskich. Sąd skazał księdza na 30 tys. zł zadośćuczynienia. Wkrótce potem został wystosowany list w obronie ks. Gancarczyka, podpisany m.in. przez Jarosława Gowina, obecnego ministra sprawiedliwości. Czytamy w nim: „Wyrok ten budzi wielkie wątpliwości. Nie tylko dlatego, że porównanie, za które „Gość Niedzielny” ma przeprosić powódkę, w ogóle nie padło, ale także ze względu na konsekwencje prawne i ustrojowe, jakie z sobą niesie. Uważamy, że wyrok ten jest wymierzony w wartości konstytucyjne, jakimi są wolność słowa i wolność prasy. Jest to również próba cenzurowania debaty publicznej, która może zachęcić skrajne środowiska lewicowe do narzucania swojego światopoglądu reszcie społeczeństwa poprzez wymiar sprawiedliwości”. Słowa mocne, ale czy cokolwiek zmieniły? Czy dziś minister Gowin pamięta, co kiedyś podpisał?

Druga ze słynnych spraw dotyczy procesu, jaki Agora wytoczyła Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, m.in. za użycie zarzutu luksemburgizmu względem redaktorów gazety.

Ten proces to część większej serii, wręcz sądowego serialu, jaki Polakom zapewniła Agora. Wyrok był dla Rymkiewicza niekorzystny. List w jego obronie napisali m.in. poeci. „Prawo każdego obywatela do głoszenia własnych opinii jest podstawowym warunkiem funkcjonowania demokracji. Kwestionowanie tego prawa w odniesieniu do poety to praktyka haniebna, naruszająca zarówno swobodę obywatelską, jak i dobro polskiej kultury”. I znów nic.

Te dwa procesy można uznać za wzorcowe. Pokazują, po jak grząskim gruncie poruszają się w Polsce ci, którzy próbują komentować rzeczywistość. Jak często na argumenty z jednej strony odpowiedzią są pozwy z drugiej. I jak często sąd staje się arbitrem w sprawach, których ocena powinna należeć do czytelników.

Sąd, nie rynek

Jest to tym bardziej dziwne, że ład medialny w Polsce był budowany na wmawianiu wszystkim, że o sile i słabości poszczególnych tytułów, stacji telewizyjnych i radiowych powinien decydować rynek. Że rynek to demokracja. Jakby wbrew temu wszystkiemu okazało się jednak, że panem i władcą tego, co można obejrzeć i czego można posłuchać, jest urząd, którym kierują ludzie z politycznego nadania. O tym zaś, co można pisać w prasie, decydują sądy powszechne.

Ingerencja władzy sądowniczej w ład medialny jest coraz większa. Ostatnio tygodnik, który zaczynał jako „W Sieci”, musiał na wezwanie sądu błyskawicznie zmienić tytuł. Stało się tak, zanim doszło do jakiejkolwiek rozprawy, na której wydawcy mogliby zaprezentować swoje argumenty. Tytuł dla czasopisma to sprawa życia lub śmierci. To nie jest neon nad zakładem fryzjerskim, do którego wszyscy i tak trafią, ale podstawowy sposób identyfikowania produktu. W tak delikatnej sprawie jak dalsze istnienie tygodnika, który dość szybko zyskał czytelników, sąd potrafił działać zdecydowanie, jakby nie patrząc na to, że być może pochopnym postępowaniem zagroził istnieniu medium, które nie jest zakładem fryzjerskim, ale pewnym dobrem społecznym.

Sąd nie miał też skrupułów w zdecydowaniu o dalszych losach rodziny Bajkowskich z Krakowa. Decyzja o ograniczeniu im praw rodzicielskich i zabraniu synów do domu dziecka zapadła dość szybko i została wykonana zdecydowanie. Pomimo protestów nauczycieli dzieci zostały zabrane siłą. W mediach dość szybko pojawiło się nagranie, w którym jedno z dzieci z płaczem opowiada, w jaki sposób zostały potraktowane. Tu również – jak w przypadkach dotyczących swobody wypowiedzi – działanie sądu zdawało się przeczyć powszechnej opinii, zgodnie z którą sędziowie działają powolnie i nieskutecznie.

Okazuje się, że jak trzeba, potrafią działać wyjątkowo skutecznie.

Źródło: Internet, różne

Napisz komentarz
Musisz być zalogowany(a) aby napisać komentarz.
 
Przeczytaj poprzedni wpis:
Prokurator generalny
Czy Prokurator Generalny powinien ustąpić z piastowanego stanowiska?

Czy osoba, która nie potrafi właściwe ocenić jakości pracy swoich podwładnych, powinna piastować jeden z najważniejszych urzędów w państwie? To...

Zamknij